Szefowie działów w dużych firmach z Hongkongu mogą za swoją pensję — pomniejszoną o podatki i ubezpieczenia — kupić siedmiokrotnie więcej niż ich odpowiednicy z Wietnamu. Polscy szefowie tymczasem cienko przędą.
Nie ma to jak być szefem. Ale w odpowiednim kraju. Okazuje się, że w zależności od lokalizacji firmy, osoby na wysokich stanowiskach — szefowie departamentów dużych firm, prezesi mniejszych i osoby wykonujące wolne zawody — mogą za swoje pensje kupić bardzo różną ilość towarów i usług — twierdzą autorzy raportu firmy konsultingowej Mercer, którzy zbadali sytuację w 50 krajach.
Najbogatsi są menedżerowie z Hongkongu, których stać na niemal siedmiokrotnie więcej (wskaźnik siły nabywczej 6,92) niż szefów z Wietnamu (1,0). Podobnie kiepsko wiedzie się ich odpowiednikom z Bułgarii i Indii, którzy zarabiają najmniej. Mało dostają też szefowie z Polski, Węgier, Rumunii i Czech. Ale nie ma się co martwić.
— Chociaż menedżerowie z Europy Wschodniej oraz krajów Azji i Pacyfiku otrzymują porównywalnie niższą pensję, gospodarki ich krajów rozwijają się szybciej, a ich zarobki rosną w tempie dwu-trzykrotnie szybszym niż w Europy Zachodniej — mówi Carlos Mestre, partner w Mercer
Ale wysokość pensji to nie wszystko.
— Założenie, że menedżerowie mają się dobrze tylko dlatego, że ich pensje są wysokie, jest błędne. Menedżerowie wyższego szczebla w krajach UE mogą mieć jedne z najwyższych wynagrodzeń na świecie, ale płacą dużo wyższe podatki i opłaty socjalne niż ich odpowiednicy z krajów rozwijających się — ostrzega Carlos Mestre.
Węgrzy, którzy brutto zarabiają 46 tys. USD, netto mają do dyspozycji 25,7 tys. USD, czyli zaledwie 1,1 tys. USD więcej niż Polacy, którzy zarabiają 39,6 tys. USD. Z kolei szwedzkim menedżerom z 59,8 tys. USD pensji brutto zostaje po zapłaceniu podatków 35,4 tys. USD, o 1 tys. USD mniej niż ich odpowiednikom z Chin.