A miało być tak pięknie. Firmy miały być wreszcie uwolnione od długotrwałych kontroli wielu instytucji, a szczególnie miały odetchnąć od zmasowanych nalotów skarbówki. Nic z tego. Obowiązujące od 10 miesięcy nowe przepisy ustawy o swobodzie gospodarczej nie okiełznały inspektorów.
- Organa skarbowe dokonują szeregu czynności sprawdzających i kontrolnych bez limitów czasowych. Intencje rządu obiecującego realne ograniczenie kontroli rozminęły się z rzeczywistością - mówi Irena Ożóg, była wiceminister finansów.
Sztandarową pozycją tzw. pakietu Szejnfelda było ograniczenie liczby i czasu trwania kontroli przedsiębiorców. Na początku 2009 r. Adam Szejnfeld, ówczesny wiceminister gospodarki tryumfalnie głosił, że forsowane przez niego zapisy do ustawy o swobodzie działalności gospodarczej (SDG) raz na zawsze przyblokują rozbuchane zapędy kontrolerów, przede wszystkim resortu finansów. W marcu 2009 r. nowelizacja weszła w życie. Wprowadziła czasowe limity kontroli. W mikrofirmach nie mogły one być w ciągu jednego roku dłuższe niż 12 dni, w małych - 18 dni, w średnich - 24, a w dużych 48 dni. Teoretycznie. Praktyka okazała się inna. Dlaczego? Bo w czasie prac nad ustawą Ministerstwo Finansów (MF) przeforsowało takie zapisy, które w wielu przypadkach nie tamują kontroli fiskusa.
Co o tym sądzi Adam Szejnfeld? - Widocznie urzędnicy wykorzystują swoją przewagę psychologiczną i nie stosują się do ograniczeń - mówi Adam Szejnfeld.
Więcej w poniedziałkowym Pulsie Biznesu