Listopadowe wczesne popołudnie. W poznańskiej siedzibie firmy jubilerskiej W.Kruk sennie. W końcu główna siedziba jest w Krakowie, tam, gdzie spółka matka, czyli Vistula. Co robi Wojciech Kruk? Nie, nie ślęczy nad stosem papierów, umów, projektów biżuterii czy kalendarzem pilnych spotkań. Popija herbatę i buszuje po Onecie. Błądzi już trochę myślami przy wieczornej partyjce tenisa, gdzie — jako mańkut — ostrzeliwuje kort leworęcznym forhendem. Sprawdza notowania na giełdzie, bo kupił w dobrej cenie KGHM. Do tego pisze książkę o życiu gospodarczym za Polski Ludowej — oczyma praktyka. Będzie opasłe tomisko. Sto stron obejmuje ledwie kilka lat z kilkunastu do opisania. Obędzie się bez kombatanckich utyskiwań.

— Chociaż wtedy zlikwidowano prywatną przedsiębiorczość, to ojciec się nie obraził. Jak nam zabrano firmę, to po prostu się przeniósł do piwnicy — tłumaczy.
Obrażać się na sytuację w biznesie nie ma też zamiaru sam Wojciech Kruk. Choć nie tak dawno, wskutek zamieszania z przejęciem W.Kruk przez Vistulę, stracił sporo władzy w rodzinnej firmie, pokazuje hart ducha. A jeśli działać, to nie indywidualnie. Intensywnie mejluje więc z synem Wojciechem juniorem. Wiadomo, Kruk Krukowi oka nie wykole. Syn w złocie robić nie umie, ale sprzedawać, promować i owszem. Senior i junior od ładnych kilku miesięcy coś większego szykują w Chinach. Co?
— No, nie wiem, czy już mogę mówić. Na pewno to żadna konkurencja dla W.Kruk — przebąkuje twórca sukcesu jubilerskiej marki, dziedzic tradycji czterech pokoleń Kruków.
Wspomina coś o bursztynach i srebrze. Ale zaraz rzuca pół żartem, pół serio:
— Kurczę, przecież pan tego nie napisze. Ja panu ze trzy czwarte tekstu wytnę.
Pomylił się o jakieś trzy czwarte. Nożyczki autoryzacji stępił Kruk junior, którego ojciec właśnie wizytował w Chinach.
— Ojciec przemielił pana tekst dość dokładnie, bo wie wszystko najlepiej :). Tyle, ile dałem radę, to go wyhamowałem — napisał do mnie junior w mejlu z poprawkami do tekstu.
Walka w chórku
Trzy lata temu Wojciech Kruk skończył sześćdziesiątkę, ale nie zawiesza butów na kołku. Kiedy wiosną 2008 r. Rafał Bauer i spółka próbowali przejąć lidera branży jubilerskiej, zaryzykował niemal cały majątek, by odzyskać kontrolę nad firmą. Częściowo mu się to udało. Bauera nie ma, ale Kruka w Kruku też jakby niewiele. Trafił pod skrzydła Vistuli. Tu Wojciech Kruk ma 9,3 procent akcji. I nie gra pierwszych skrzypiec.
— Gdy przez kilkanaście lat prezesem Kruka był Jan Rosochowicz, to było twórcze napięcie. Kłóci-liśmy się, ale rodziły się wspólne pomysły. Teraz o większości zdarzeń w firmie dowiaduję się z gazet — zaznacza twórca sukcesu jubilerskiego potentata.
Jednak zaraz przyznaje, że przynajmniej raz w tygodniu odwiedza najbardziej reprezentacyjny salon w Poznaniu, ten przy rynku. A do tego jeździ do zakładów produkcyjnych. Sugeruje, poprawia, sprawdza, plotkuje. Ot, weszło mu w krew. Nie interesuje go pilnowanie żyrandola.
— Na pewno boli go to, że on, solista, musi teraz śpiewać w chórku. Oto uroki korporacji. Ale przecież jest w swoim fachu najlepszy i jeśli mamy różne zdania, to bardzo często on ma rację co do szczegółów jubilerskiego biznesu — przyznaje Jerzy Mazgaj, drugi największy — po Wojciechu Kruku właśnie — indywidualny akcjonariusz Vistuli.
Mazgaj najgłośniej śpiewa w Vistuli. To także wielka indywidualność, więc ktoś musiał zejść na drugi plan w spółce, żeby nie doszło do wybuchu. Ale po niekorzystnym dla Wojciecha Kruka rozdaniu biznesowych kart o leżeniu na plaży nie ma mowy. Nie kusi go droga, jaką wybrał 45-letni Jan Rosochowicz, który po wyjściu z W.Kruk zwiedza świat, ciesząc się życiem rentiera. Może, bo nie ma ciężaru nazwiska.
— Dla własnego spokoju muszę udowodnić, że w tym biznesie coś jeszcze znaczę. Biorę do pomocy Wojtka juniora i wierzę, że się odkujemy — przekonuje Wojciech Kruk.
— Psychicznie już przetrawił sytuację związaną ze zmianami kapitałowymi w firmie. Tylko czasem bywa wkurzony. Ma przy tym pewność, że jego i tak będzie na wierzchu. Pomogą mu biznesowy nos i szczęście. Choć często sobie wyrzuca, że gdyby 20 lat temu miał swój dzisiejszy rozum, to dopiero zrobiłby interesy — opowiada Zdzisław Kałek, dyrektor generalny Quo Vadis Polonia, przyjaciel Wojciecha Kruka od ponad 30 lat i jego wieloletni tenisowy partner.
Pisk studentek
Dwa lata temu z okładem, przy okazji potyczki o kontrolę nad firmą, Wojciech Kruk z rodziną przewinęli się przez okładki kolorowych pism. Na zdjęciach widzimy uśmiechniętego faceta, ubranego dość konserwatywnie i z nieodłącznym wąsem. Część ludzi nieznających bliżej Wojciecha Kruka postrzega go przez pryzmat tamtej wojny. A więc jako twardego biznesmena, wielkiego stratega, ostrego wojownika. Tak pisała prasa. Czasem kreowano go na nieco skrytego jubilera, który od towarzystwa ludzi woli drogie kamienie. No i do tego prosty schemat myślowy: skoro jubiler, to ocieka złotem, opływa w luksus.
— Nic z tych rzeczy — powie każdy, kto poznał go bliżej.
Dowcipny, rzutki, otwarty, ale też emocjonalny gość. Żyjący na poziomie, ale bez złotych klamek. Uwielbiający wielogodzinne dysputy, nie tylko o polityce. Pasjonat historii, erudyta.
— Ma rozbudowane poczucie własnej wartości i tę charakterystyczną pruską rzetelność — dodaje Jerzy Mazgaj.
— Lubi wtrącić swoje trzy grosze i musi o wszys-tkim wiedzieć. Przylatuje do mnie na kontrole, ale nie ukrywam, że dobrze jest korzystać z dorobku i wiedzy poprzednich pokoleń — mówi żartobliwie Wojciech junior.
A więc senior został autorytetem. Sybarytą? Był dawniej. W czasach studenckich, na przełomie lat 60. i 70., Kruk był królem życia. Zarabiał, produkując seryjnie m.in. popielniczki, na których marża sięgała sufitu. Już wkrótce miał przejąć od ojca firmę W.Kruk, warsztat z dziesięciorgiem pracowników. Studentki piszczały z zachwytu.
— Nawet nie było na co wydawać tych pieniędzy. Jako student miałem 140 metrów willi, było dyskotekowo — wspomina.
Senator odchodzi
Niekoniecznie chciał wskakiwać w klasyczne buty pradziada i podziwiać maszyny z czasów I wojny światowej. Wolał, wzorem ojca, trochę się wyszumieć. Senior rodu Henryk był akademickim wicemistrzem Polski w tenisa, z podchorążówki wyleciał przez zakrapianą imprezę. Nawet z pobytów w więzieniach hitlerowskich i stalinowskich potrafił żartować. Ale syna wychowywał dość surowo. Dał mu tylko (aż?) prawo do pracy w jego warsztacie. Efekty? Tydzień pracy Wojciecha Kruka w latach 70. skupiał się wokół hasła: Byle do środy. Bo wtedy rakieta tenisowa i ręcznik wędrowały na pakę i wio! Do Kołobrzegu. A zimą jeździł z deskami do Karpacza. Się żyło i o żeniaczce nie mówiło. Jego uczucia szybko zmieniały obiekty.
— Po jakimś czasie zaczęło mnie nudzić takie życie — przyznaje.
W 1974 r. ma już swój warsztat i prosi ojca o kontrolę nad całą firmą. Obiecuje ponad 70-letniemu rodzicielowi sowitą emeryturę. Dostał, co chciał, i tylko co jakiś czas ojciec przychodził po rewaloryzację, widząc, jak syn zarabia po otwarciu sklepiku w okolicach poznańskiego rynku.
— Dawałem mu, bo był moim największym autorytetem, a poza tym mi rosło szybciej, niż się spodziewałem — śmieje się Wojciech Kruk.
A potem już poszło. W 1978 r. ożenek z Ewą, podporą w domu i biznesie, podróże Fiatem Mirafiori, narodziny syna i córki. No i lata 90., kiedy zrozumiał, że na modzie na przekłuwanie uszu i wciskanie kolczyków dużo więcej już nie zarobi. Czuje, że może być największy w branży w Polsce, ale nie do końca wie, jak się do tego zabrać. A może jednak wie, bo sprzedaje duży pakiet udziałów funduszowi inwestycyjnemu i idzie w politykę. Stery w firmie obejmuje Jan Rosochowicz. W 1996 r. Kruk oddaje prezesurę.
— Na pewno nie był wtedy szczęśliwy, że 32-latek przejmuje stery od legendy. Ale powiedzmy sobie szczerze — i firmie, i Krukowi nie wyszło to na złe. On miał czas, by się rozczarować polityką i podejść do biznesu bardziej wizjonersko. A ja się zająłem cyferkami i wdrożeniem standardów korporacyjnych — uważa Jan Rosochowicz.
Po trzech kadencjach senatorskich w 2001 r. Kruk ląduje obok polityki. Słoneczko z logo Unii Wolności na dyplomie w gabinecie mocno już wyblakło.
— Twierdzi, że już do niej nie wróci — mówi Zdzisław Kałek.
Potwierdza to (anonimowo) lokalny polityk Platformy Obywatelskiej, z którą ostatnio związany był Wojciech Kruk.
— Senator dziś jest na "ty" z wieloma najważniejszymi politykami w Polsce. Ale stoi z boku — ocenia.
Małą łyżeczką
"Kruk to najinteligentniejszy z ptaków występujących w Polsce" — głosi Wikipedia. A ta rzadko się myli.
— Trudno go przegadać. Pozostaje słuchać — przyznaje polityk z wielkopolskich struktur PO.
Ekstrawagancje? W ostatnich latach chyba jedyną była ta, że mając bite 100 mln zł ze sprzedaży akcji swojej firmy, wpakował je w Vistulę.
— Jeśli szuka pan tabloidowych sensacji, to jest zły adres. Wojciech od zawsze miał pieniądze, więc to nie jego fetysz. Przedsiębiorcy na Zachodzie, pochodzący z rodzin z tradycjami biznesowymi, też niekoniecznie jeżdżą supersamochodami czy mają megawielkie jachty — przekonuje Jan Rosochowicz.
Choć Kruk coraz częściej nosi roleksa, bo przecież to W.Kruk dystrybuuje w Polsce tę prestiżową markę zegarków. Ale jak się zapomni, to zakłada zenitha, prezent od żony na rocznicę ślubu. Też najwyższej klasy, ale jakby mniej się rzucający w oczy. Podobnie jak garnitur z Vistuli.
— Jedną z moich wad jest brak pazerności pierwszego pokolenia — przyznaje.
Wsiada więc w grafitowe volvo, które sam prowadzi. Skórzana tapicerka? Niekoniecznie. Czujniki parkowania z przodu? Po co, przecież wszystko widać. Ot, cały Wojciech Kruk.
— Zawsze mówi, że na mercedesa jest jeszcze za młody — żartuje Zdzisław Kałek.
— Ojciec zawsze powtarzał: nie wychylaj się. Małymi łyżeczkami, ale cały czas — przypomina Wojciech Kruk.
Stąd pewnie dość skromna siedziba w Poznaniu, nieco zapuszczone warsztaty produkcyjne czy willa, choć przedwojenna i w pięknej dzielnicy Poznania, to jednak z zewnątrz niepowalająca na kolana. Za to domowy gabinet Wojciecha Kruka imponuje. Pełen starych mebli, obrazów, no i rękodzieła od poprzednich Kruków.
— Kiedy przyjeżdżają bardzo ważni goście, to koniecznie musimy jeść rybę. Bo mam tu zestaw sztućców szykowanych na ślub księcia Potockiego. Są widelce do ryb jeszcze z XIX wieku. No i przy obiedzie mogę zupełnie przypadkiem zacząć opowieść o rodzinnych perypetiach i 170 latach tradycji — podśmiewa się gospodarz.
A jest o czym opowiadać. Obrazy Kossaka, Malczewskiego, Stanisławskiego na ścianach są równie fascynujące jak historia tacy robionej w 1891 r. przez jego dziadka dla hrabiów Chełkowskich.
— Ja i syn jesteśmy pasjonatami historii. Jeśli podróże, to po Europie. Kilka lat temu byliśmy na Ukrainie z wyprawą akademicką. Mieszkaliśmy u tamtejszych Polaków. To było to… — rozmarza się.
Pszczoła na uwięzi
I po zadumie towarzyszącej rozmowom na temat Vistuli nie ma śladu. A kiedy zajeżdżamy do zakładów produkcyjnych W.Kruka, Wojciech Kruk łapie drugi oddech. Tu jest wśród swoich. Spotyka ludzi, których przyjmował do pracy ponad 30 lat temu. Zaczynają się wspominki, docinki, dowcipy. W pokoju, gdzie najnowszym urządzeniem jest sfatygowany czajnik elektryczny, siedzi kilku panów w sile wieku. Jedni z najlepszych jubilerów w Polsce. Manualni cudotwórcy wsparci technologią potrafią wszystko.
— O, ten tutaj gość, uwiązał kiedyś u wejścia do zakładu żywą pszczołę na trzymetrowym sznurku, żeby odstraszała intruzów — opowiada Wojciech Kruk.
Dorzuca też ciekawostki z ostatnich miesięcy. O tym, jak dostał propozycję udziału w kampanii reklamowej luksusowych trunków i nawet chciał się sprzedać. Ale zaproponował zbyt wysoką stawkę. Albo jak nie zgodził się doradzać przy scenariuszu filmu o sprawie z Vistulą, bo uważał, że jeszcze za wcześnie, żeby Gajosa zatrudniać, skoro nie wiadomo, jak to się skończy. No i że telewizyjne "Ranczo" jest OK, podobnie jak "Czas honoru". I że pola golfowego porządnego w okolicy nie ma, więc by nie latać ciągle do Portugalii, zbudował domek w Puszczy Noteckiej. A przy domku cztery dołki. Aż w końcu musi jechać.
— Cześć, młodziaki! — rzuca i pędzi do auta.
Zbliża się siódma, święta godzina gry w tenisa.
Karol Jedliński
Foto: Marek Wiśniewski, arch. prywatne
