RADOSŁAW ZAŁOZIŃSKI
dyrektor departamentu zabezpieczeń KGHM
Amerykańska Rezerwa Federalna chce ograniczyć wpływ banków na rynek surowców, by nie dopuścić do bańki spekulacyjnej i krachu. Ameryka trochę ich już przeżyła.
Od początku dekady, w odpowiedzi na zwiększony popyt fizyczny z Chin oraz dużą aktywność inwestorów, rynek metali rozwijał się bardzo intensywnie. Największe banki inwestycyjne, takie jak: Goldman Sachs, JP Morgan czy Morgan Stanley, szybko dostrzegły potencjał drzemiący w tym obszarze i już od kilku lat angażują kapitał w przejęcia. Udało im się kupić między innymi wiele firm brokerskich oraz spółek zarządzających magazynami, w których przetrzymywane są metale. Do tej pory, pomimo zaniepokojenia dotychczasowych uczestników rynku fizycznego, wielu ostrzeżeń o procesy sądowe choćby branży aluminiowej w USA z uwagi na kłopoty z dostępnością do glinu w ubiegłych kwartałach, banki te nie miały problemów z przeprowadzaniem tego typu inwestycji. Jednak w ostatnim czasie dość ostro wypowiedziała się na ten temat Rezerwa Federalna USA (Fed).
Reprezentanci tej instytucji stwierdzili, że największe instytucje finansowe, wykorzystując duże zaangażowanie na rynku fizycznym, posiadane informacje oraz ogromne możliwości kapitałowe, mogą skusić się na manipulowanie popytem i podażą metali, a tym samym ich cenami. Banki inwestycyjne powinny wobec tego ich zdaniem, w ciągu najbliższych lat, wyprzedać wszystkie podmioty, które nie są bezpośrednio związane z działalnością finansową. Łatwo odgadnąć, że te instytucje nie chcą się tak łatwo pozbyć intratnych przedsięwzięć, w które zainwestowały wcześniej miliardy dolarów. Wynik tej debaty obserwowany jest uważnie przez inne banki, które również planują podobne przejęcia, jeśli tylko zgodzą się na nie regulatorzy.
Nie będzie to jednak łatwa batalia dla banków inwestycyjnych. Ben Bernanke, szef Rezerwy Federalnej, to były pracownik naukowy, świetnie kojarzący wydarzenia z początków ubiegłego wieku, kiedy możliwości inwestycyjne banków w USA były znacznie mniej ograniczone niż obecnie. Przyczyniło się to do ogromnego napływu kapitału na rynek akcji, zbyt dużego wzrostu wartości papierów wartościowych kupowanych na kredyt, a w konsekwencji do krachu giełdowego w 1929 r. Rynek towarowy jest znacznie mniejszy niż rynek akcji, co tym bardziej rodzi zagrożenie, że kilku graczy o dużej wiedzy na temat rynku fizycznego oraz dysponujących dużymi sumami pieniędzy, miałoby możliwość istotnie wpłynąć na giełdowe ceny towarów.