Nie upiekło mu się

Agata Ałykow
opublikowano: 2006-10-13 00:00

Piekarz z Legnicy przekonał się na własnej skórze o słuszności powiedzenia, że kto ma miękkie serce, ten musi mieć twardą inną część ciała.

Waldemarowi Gronowskiemu, zażywnemu 55-latkowi w dobrze skrojonej marynarce, nie udaje się przejść przez miasto niezauważonym. Co rusz ktoś podchodzi, zagaduje, poklepuje po plecach. Kręcą się wokół niego posłowie, różni działacze, prezydent miasta ostentacyjnie ściska rękę na ulicy. Są nawet tacy, którzy upatrują w nim lokomotywę do ciągnięcia niejednej listy w wyborach samorządowych. Kaptują więc do polityki, bo przecież nic lepiej nie przemawia do zgnębionej polskiej wyobraźni jak status pokrzywdzonego przez system, bezduszną machinę, śniegową kulę bez skrupułów, miażdżącą wszystko, co napotka na swojej drodze.

— Nie o taką sławę mi chodziło, choć przyznaję, że gdyby nie rozgłos wokół mnie, znalazłbym się w jeszcze gorszej opresji — wzdycha Waldemar Gronowski.

Wiosną ubiegłego roku do prowadzonej przez niego piekarni Na Rogu wkroczyli pracownicy Urzędu Kontroli Skarbowej (UKS). Z uprzejmym uśmiechem wertowali faktury i umowy. Skupili się na tym, by sprawdzić, co robił z chlebem, którego nikt nie chciał kupić, a sklepy zwracały. Nie było tajemnicą, że przez ponad 10 lat zajadali się nim biedacy z Zakaczawia, czyli z legnickich slumsów. Podeschnięte bochenki dołączane do zup wydawanych przez charytatywną stołówkę z tej dzielnicy napełniały żołądki nawet 600 osób dziennie. Za ten gest Gronowski dostał od miejscowych władz tytuł Sponsora Roku 2004.

— Sądzę, że przyjmując nagrodę wystawiłem się na strzał — podsumowuje.

Były piekarz przypuszcza też, że za afiszowanie się dobrym sercem ktoś w końcu złożył na niego donos.

— Byłem solą w oku konkurencji. Nasłuchałem się, że trzeba zabiegać o klienta, trzymać jakość. Wypiekałem więc chleb trzy razy dziennie, inni tylko raz na dobę. Miałem stały zbyt i lukratywne kontrakty, a inni nie. Pozbyli się mnie dzięki jakiemuś życzliwemu — wzdycha Gronowski.

Urzędnik z lupą

Sprawdzanie dokumentacji w firmie trwało wiele tygodni. Do tego doszły przesłuchania pracowników i kontrahentów. Początkowo piekarz traktował sprawę dość lekko. Skóra zaczęła mu cierpnąć dopiero wtedy, gdy usłyszał, jak przebiega kontrola. Wtedy okazało się, że żartów nie ma.

— Niektórych współpracowników wzywali po kilka razy na przesłuchania. Skarżyli się potem, że urzędnicy zwracali uwagę tylko na to, co wygodnie było im usłyszeć. Jeden z kierowców przekonywał mnie nawet, że za naszym autem dostawczym przez cały dzień jeździł jakiś samochód. Większość właścicieli sklepów rezygnowała więc ze współpracy ze mną w obawie, żeby skarbówka ich także nie wzięła pod lupę — opowiada Waldemar Gronowski.

Przedsiębiorca został podsumowany za jeden rok rozdawnictwa, bo jak twierdzi, za więcej się nie udało. Urzędnicy uznali, że w 2003 roku firma osiągnęła stuprocentową rentowność, zwrotów pieczywa nie było, a piekarz tym samym nielegalnie się wzbogacił. Zapłacił za mały podatek VAT i dochodowy. Za pierwszym razem Gronowskiemu nakazano zwrócić fiskusowi 250 tys. zł.

Wyniki dochodzenia legnickiego Urzędu Kontroli Skarbowej zakwestionowała jednak nadzorująca go Izba Skarbowa we Wrocławiu. Uznała, że przy badaniu sprawy nie zachowano zasady bezstronności i z niejasnych przyczyn nie uwzględniono faktycznych zwrotów pieczywa.

Śledztwo rozpoczęło się od nowa. W jego rezultacie legnicki UKS na początku października doszedł do wniosku, że zobowiązania Gronowskiego wynoszą już tylko 150 tys. zł. Ale na tym nie koniec. Byłemu piekarzowi, jeśli jego zabiegi nie odniosą skutku i przegra spór z urzędnikami, grożą jeszcze karne odsetki i na przykład zakaz prowadzenia działalności gospodarczej przez jakiś czas.

— Biorę pod uwagę dwa scenariusze. Albo ktoś rozwiąże moją sytuację jednym ruchem, albo będę jeszcze przez kilka lat biegać po sądach — mówi Waldemar Gronowski.

Mądry po szkodzie

Legniczanin twierdzi, że wiele lat zastanawiał się, co zrobić z niesprzedanym pieczywem. Wyrzucić na wysypisko nie miał sumienia.

— To marnotrawstwo, zwłaszcza że tak wiele osób nie ma co do garnka włożyć — wyjaśnia Gronowski.

Ksiądz Jan Gacek, prowadzący zakaczawską stołówkę dla biednych, mówi też, że nie bez znaczenia była pozycja chleba w polskiej mentalności.

— Moja mama przed pokrojeniem robiła nad bochenkiem znak krzyża. Gdy kromka upadła na podłogę, trzeba było ją podnieść i ucałować. Jak więc takie dobro wyrzucić do kubła? — pyta.

Gronowski początkowo zawoził niesprzedane pieczywo do schroniska dla zwierząt, potem nad staw Wenecja, by było czym karmić ptaki. Chleby i bułki trafiały też do świetlicy dla dzieci, na obozy harcerskie, do miejscowego domu kultury.

— W końcu mój nieżyjący wspólnik zaproponował, by dawać go na Zakaczawie — wspomina Gronowski.

Obaj mieli przy tym świadomość, że przepisy regulujące rozdawnictwo żywności na cele charytatywne są kulawe. Jego zdaniem, z ich powodu około 30 procent mięsa, serów i warzyw trafia w kraju do śmietnika zamiast do potrzebujących.

— Mogłem wystawiać lewe protokoły zniszczenia chleba albo robić horrendalne przeceny i potem samemu kupować taki towar. Jednak to czysta fikcja i również narażanie się na konflikt z fiskusem — wyjaśnia Gronowski.

Legniczanin system podatkowy uważa więc teraz za machinę do rozgniatania ludzi.

— Dziwne, że naszemu państwu nie wstyd. Nie dość, że obojętnie patrzy na biedę i bezrobocie w kraju, to jeszcze gnębi tych, którzy dają jedzenie i pracę innym — podkreśla Gronowski.

Perspektywa darmowej zupki

Dziś Waldemar Gronowski jest zarejestrowany w pośredniaku. W kieszeni nosi nawet kwit potwierdzający wysokość zasiłku — 550 złotych miesięcznie.

A bywało, że dawał pracę nawet 20 osobom.

— Gdy szesnaście lat temu wraz ze wspólnikiem rezygnowałem z pracy w państwowej firmie i zakładałem własną, wierzyłem, że to największe szczęście. Wzięliśmy kredyt, pomieszczenie w dzierżawę, wstawiliśmy maszyny i po nocach uczyliśmy się fachu. Żaden z nas — ja inżynier budownictwa, on inżynier elektroenergetyk — nie miał pojęcia, jak piec bułki. Ludzie pukali się w czoło, a my byliśmy pewni, że nam się uda — wspomina.

Piekarni Na Rogu nie dały rady nawet galopujące odsetki od pożyczek bankowych z początku lat 90.

— Było ciężko, ale wszystko pospłacaliśmy — uśmiecha się Gronowski.

Firma żyła z dostaw do sklepów, ale także umów z hutą miedzi, jednostką wojskową, stołówkami szkolnymi, szpitalem wojewódzkim.

Po okresie prosperity zostało już tylko wspomnienie. Pomieszczenia i maszyny poszły na sprzedaż. Dla części pracowników Gronowski załatwił pracę u konkurencji.

— Szkoda szefa. Płacił w terminie, nie robił kłopotu z urlopami czy zwolnieniami lekarskimi. Myślałem, że zostanę u niego do emerytury, a teraz jestem na zasiłku — mówi Ireneusz Sokołowski, niedawny pracownik piekarni Na Rogu.

Gronowskiemu co niektórzy chcieli pomóc.

— Wysłałem do służb skarbowych pismo, by potraktowały go obiektywnie, uwzględniając specyficzną sytuację, w jakiej się znalazł oraz interes społeczny. Z jednej strony prawo jest prawem i należy je respektować, z drugiej, warto mieć na uwadze to, że pomagał potrzebującym. Nie mogę jednak niczego nakazywać, nie jestem zwierzchnikiem Urzędu Kontroli Skarbowej — mówi Tadeusz Krzakowski, prezydent Legnicy.

Do Gronowskiego zgłosiła się też jedna z posłanek. Obiecała złożyć w Sejmie interpelację.

— Zaparzyłem kawę, usiadłem przed telewizorem i czekałem na rozpoczęcie obrad. A tu wyskoczyła sprawa becikowego i nikt już nie miał głowy, żeby mną się zajmować — zasmuca się.

Pilna sprawa

Kilka dni temu do Gronowskiego zgłosił się Grzegorz Schetyna, poseł Platformy Obywatelskiej. Panowie spotkali się przy kawie.

— Chcemy złożyć w Sejmie interpelację w pana sprawie — po raz kolejny Gronowski usłyszał tę kwestię.

Teraz martwi się, że mimo dobrych chęci parlamentarzysty sprawa zostanie wykoszona przez bój o budżet i solidarne państwo. A nie powinna, bo ma ona znacznie poważniejsze skutki. Jeden z aptekarzy od lat przekazywał placówkom oświatowym opatrunki, których ważność dobiegała końca. Teraz w asyście dwóch pracownic pali je na zapleczu, bo nie chce wchodzić w drogę skarbówce.

— Ostatnio pod budynek parafii podjechał samochód z workami kartofli. Przedsiębiorca zaniósł je pod drzwi, ale ze strachu nie chciał powiedzieć, jak się nazywa. Nawet nie wiedziałem, komu dziękuję — opowiada ksiądz Jan Gacek.

Duchowny mówi też, że wiele sklepów, także hipermarkety, choć wcześniej wspierały stołówkę, po nagłośnieniu sprawy Gronowskiego zaprzestały współpracy.

— Ich szefowie nic nie mówili, ale też nic nie dawali — twierdzi ksiądz Gacek.

Teraz głodnym musi wydzielać chleb, by dla wszystkich starczyło.

— Gdy był Gronowski, dawaliśmy, ile kto chciał, nawet dla rodziny do domu — zaznacza.

Okiem eksperta

Jest sposób, by zaoszczędzić na VAT

Gdy producent wystawia przed sklep kosz z bułkami i każdy może je wziąć, automatycznie naraża się na problemy podatkowe. Dla fiskusa nie ma znaczenia, że producent nic na tym geście nie zarobi. Dokonanie darowizny uniemożliwi mu zaliczenie nakładów na produkcję bułek do kosztów, a więc zapłaci on wyższy podatek. Jednocześnie musi odprowadzić VAT liczony nie od faktycznej wartości darowanego towaru (zwykle bliskiej zeru), lecz od ceny jego zakupu lub kosztu wytworzenia.

Co można zrobić w takiej sytuacji? Sposobem na uniknięcie kłopotów podatkowych jest przekazanie darowizny pieniężnej, a następnie sprzedaż obdarowanemu towarów za tę kwotę. Co zyskamy? Wartość darowizny pieniężnej nie będzie co prawda kosztem, ale będą nim nakłady na wytworzenie sprzedanego towaru. Jednocześnie zaoszczędzimy na VAT, gdyż za przekazanie pieniędzy podatku nie będzie, a przy sprzedaży VAT zostanie policzony od ceny sprzedaży, którą można ustalić według własnego uznania (także poniżej kosztu wytworzenia).

Dorota Pokrop

doradca podatkowy Ernst & Young w Warszawie