Odpady niebezpieczne stanowią najbardziej zróżnicowaną grupę wśród wytwarzanych śmieci. W ustawie o odpadach z 2012 r. można znaleźć 16 właściwości powodujących i 50 składników, które mogą powodować, że odpad jest odpadem niebezpiecznym. Wśród głównych segmentów można tu wyróżnić zużyte urządzenia elektryczne i elektroniczne, baterie i akumulatory, ale również oleje smarowe, odpady medyczne czy opakowaniowe po nawozach lub środkach ochrony roślin. Biorąc pod lupę dwie pierwsze grupy, widać, że zarówno w zbiorze i odzysku tych odpadów jest jeszcze wiele do zrobienia, a raczej kontrolowania.
Wiarygodne zbiórki
Ministerstwo Środowiska nie zatwierdziło jeszcze raportu Głównego Inspektora Ochrony Środowiska z 2012 r. o systemie gospodarki bateriami i akumulatorami. Chociaż inspektor złożył go w terminie, resort po analizie dokumentu poprosił o weryfikacjędanych, której jeszcze nie uzyskał. Dlatego nadal najaktualniejsze informacje o takich odpadach znajdują się w raporcie z 2011 r.
Według tych danych, wówczas do obrotu wprowadzono ponad 406 mln sztuk baterii i akumulatorów, o łącznej masie prawie 91,8 tys. ton. W 2011 r. firmy przygotowujące te odpady do odzysku (w tym recyklingu) zebrały 41,5 tys. ton, a przetworzyły 41,6 tys. ton zużytych baterii i akumulatorów. Wtedy różnica wynikała z nadwyżki spowodowanej przetworzeniem w 2011 r. przez firmę Baterpol także części odpadów zebranych jeszcze w 2010 r. Firmy zajmujące się recyklingiem lub regeneracją zebrały 91,1 tys. ton zużytych baterii i akumulatorów, przetwarzając 88,4 tys. ton. Jednak w większości zakładów wykonuje się oba procesy. Ten segment odpadów niebezpiecznych dzieli się na trzy grupy: baterie i akumulatory samochodowe, przemysłowe i przenośne. Zdaniem Michała Korkozowicza, prezesa zarządu REBA, dane o masie baterii i akumulatorów wprowadzanych rocznie na rynek można uznać za wiarygodne. W przypadku pierwszych dwóch grup odpady w znacznej większości są zbierane i przetwarzane.
— System zbiórki baterii i akumulatorów samochodowych i przemysłowych działa bardzo dobrze. Tylko niewielka część tych odpadów jest jeszcze przetrzymywana w niektórych przedsiębiorstwach czy gospodarstwach rolnych. Występuje natomiast inny problem. Znaczna masa (około 1 tys. ton rocznie) zużytych baterii kwasowo-ołowiowych jest przekazywana do recyklingu jako przenośne, co sztucznie zawyża osiągnięty poziom zbierania tych ostatnich. Część przedsiębiorców w ten sposób próbuje ułatwić sobie osiągnięcie wymaganych poziomów zbiórki — mówi Michał Korkozowicz.
Potrzeba sprawozdań
Dlatego największym wyzwaniem jest zbiórka baterii i akumulatorów przenośnych. Według danych z raportu GIOŚ w 2011 r. udało się zebrać prawie 3,4 tys. ton, czyli poziom zbiórki wyniósł ponad 34 proc., wobec wymaganych 22 proc. Jednak zdaniem Michała Korkozowicza, te wyniki są zawyżone.
— Porównując dane dotyczące liczby baterii i akumulatorów przenośnych wprowadzanych na rynek, z masą baterii zebranych przez firmy, z którymi mamy podpisane umowy, okazuje się, że w 2011 r. zrealizowaliśmy wymagany poziom zbiórki, czyli 22 proc. Odejmując nasze wyniki od całości rynku i dzieląc na inne firmy objęte obowiązkiem zbierania tych odpadów, wynikałoby, że wszyscy pozostali osiągnęli poziom zbiórki wyższy o kilkanaście procent od ustawowego. Jednocześnie oznaczałoby to, że wszystkie te przedsiębiorstwa musiały pokryć z własnej kieszeni koszty zbiórki i przetworzenia tych nadwyżek — tłumaczy Michał Korkozowicz.
Jego zdaniem, problem z określeniem rzeczywistego poziomu zbiórki rozwiązałby prosty zabieg — konieczność składania sprawozdań przez firmy pośredniczące, które organizują zbieranie i przetwarzanie zużytych baterii i akumulatorów w imieniu prawie 2 tys. przedsiębiorców zobowiązanych do zbierania i recyklingu tych odpadów. Obecnie pośrednicy nie mają takiego obowiązku.
Kontrola konieczna
Inaczej sytuacja wygląda w segmencie zużytych urządzeń elektrycznych i elektronicznych. Gospodarkę tymi odpadami podsumowuje odrębny raport GIOŚ. Według ostatnich danych w 2012 r. na polski rynek trafiło 481,2 tys. ton sprzętu elektrycznego i elektronicznego, a zebrano łącznie 151,1 tys. ton zużytych urządzeń (ZSEE), odnotowującpoziom zbiórki na poziomie ponad 32 proc. ogółem i 30 proc. z gospodarstw domowych. Interesujące jest to, że w tym samym czasie przetworzono więcej zużytego sprzętu, niż zebrano, czyli 159,4 tys. ton.
— Ta sytuacja trwa od dłuższego czasu i jest związana z brakiem kontroli nad zakładami przetwarzającymi ZSEE. Na rynku panuje patologia tworzenia fałszywej dokumentacji. Fikcyjnymi zaświadczeniami potwierdza się zebranie i przetworzenie odpadów, zawyża się przetworzoną masę, a czasem po prostu poświadcza się zebranie i przetworzenie innych odpadów niż rzeczywiście zebrano. Ponieważ dane dotyczące zbiórki ZSEE częściowo pochodzą z tych samych sfałszowanych dokumentów, to także i je ciężko ocenić jako rzetelne — twierdzi Grzegorz Skrzypczak, prezes Organizacji Odzysku Sprzętu Elektrycznego i Elektronicznego ElektroEko.
Tłumaczy, że tą sytuację rozwiązałoby wprowadzenie systemu informatycznego, w którym na każdym kolejnym etapie od zbierania, przez przetwarzanie i na recyklingu lub utylizacji kończąc dany odpad ZSEE byłby rejestrowany, co uniemożliwiałoby tworzenie fałszywej dokumentacji. Zdaniem Grzegorza Skrzypczaka pieniądze na ten cel można by uzyskać z Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej, ale zwróciłoby się to chociażby poprzez ograniczenie szarej strefy. Chociaż w Ministerstwie Środowiska trwają prace nad nową ustawą o ZSEE, która miałby jednocześnie dostosować polskie prawo do wymogów unijnej dyrektywy z lipca 2012 r., to bez dokładnej analizy obecnych zjawisk Grzegorz Skrzypczak nie przewiduje, aby poprawiła ona sytuację branży.
— Projekt założeń, który przygotował resort, to na razie zbyt ogólny dokument, aby można było go ocenić. Bardziej istotne jest to, że zgodnie z dyrektywą powinniśmy dostosować jej zapisy do 14 lutego 2014 r. i już wiadomo, że nie dotrzymamy tego terminu. Mimo wszystko mam nadzieję, że uda się zmienić obecną sytuację, bo zarówno producenci sprzętu, jak i resort środowiska widzą istniejącą patologię — ocenia Grzegorz Skrzypczak.