Polityczne działania wojenne na froncie aferalnym w poniedziałek nieco przygasły. Ale odżyją, jako że w powietrzu wisi złożona przez prezydenta Lecha Kaczyńskiego obietnica, iż wkrótce coś powie. Bez pudła można obstawiać, że będzie to bardzo niemiłe premierowi Donaldowi Tuskowi.
W przyszłym tygodniu na standardowy szczyt Rady Europejskiej rzecz jasna wybierają się do Brukseli obaj rywale. Posiedzenie poświęcone będzie klimatowi, traktatowi z Lizbony etc. Właśnie mija rok od pamiętnego zabrania samolotu głowie państwa przez stronę rządową oraz deklaracji premiera, że w Brukseli "prezydent jest mi niepotrzebny". Sytuacja jednak się zmieniła, Donald Tusk gorzko przełknął konieczność dzielenia się miejscem przy unijnym stole — dlatego wziął się na sposób. W poniedziałek uprzedzająco wyskoczył do Brukseli, żeby bez balastu konkretnie porozmawiać z José Manuelem Barroso o podziale tek w nowej Komisji Europejskiej.
Po coraz bardziej realnym wejściu w życie traktatu z Lizbony rozdmuchany unijny rząd powinien zostać zredukowany, ku rozpaczy mniejszych państw. W tym kontekście walka o tekę gospodarczą dla polskiego kandydata Janusza Lewandowskiego wchodzi w decydującą fazę. Katalizatorem niewątpliwie przyspieszającym decyzję premiera Tuska o pilnym spotkaniu z przewodniczącym Barroso była zapowiedź prezydenta Kaczyńskiego, że na szczycie… on również będzie lobbował za Lewandowskim.