Polski biznes ma nową fanaberię: bierze narkotyki. Nagminnie? Jeszcze nie — mówi Janusz Sierosławski z Instytutu Psychiatrii i Neurologii, specjalista w dziedzinie narkomanii.
„Puls Biznesu”: Co z narkotykami w środowiskach biznesowych? Jest problem?
Janusz Sierosławski: Problem jest zawsze i w każdym środowisku, bo używanie narkotyków w ogóle nie jest akceptowane społecznie.
I nielegalne.
J.S.: Tu się wszystko ociera o granice prawa. Dlatego ludzie często ukrywają swoje doświadczenia z narkotykami. Mimo to jakieś pojęcie o rozmiarach zjawiska można mieć. Dystrybutorzy narkotyków, narkomani, również okazjonalni użytkownicy narkotyków trafiają do lecznictwa, pomocy społecznej, wchodzą w kontakt z organami ścigania. Na podstawie takich statystyk można coś o zjawisku powiedzieć. Poza tym jest cała gama badań terenowych. Więc jeśli chodzi o całą populację, problem pozostaje ukryty, ale zawsze gdzieś wyłazi. Trudniej dotrzeć do wyższych warstw struktury społecznej, w tym środowisk biznesowych. Te osoby, jeśli mają problem z narkotykiem, leczą się prywatnie. Rzadko wchodzą w kontakt z policją. Albo umieją to załatwić tak, by nie mieć problemów. We wszystkich krajach ludzie o wyższej pozycji społecznej lepiej sobie radzą i rzadko są ujawniani. Młody narkoman z ulicy chętnie porozmawia z ankieterem o swoich problemach. Ludzie z wyższych sfer mają znacznie więcej do stracenia. Co nie oznacza, że nie biorą... Oczywiście i w Polsce, i w innych krajach ten problem się pojawia. Przy czym trzeba wyraźnie oddzielić kwestie narkotyków i narkomanii. Czym innym jest okazjonalne przyjmowanie narkotyków, które nie rodzi jeszcze problemów...
Czyli patologią nie jest?
J.S.: Co dla jednego jest patologią, dla drugiego — niekoniecznie. Okazjonalne przyjmowanie narkotyków nie wywołuje szkód poważnych... Przynajmniej na początku. Dokładnie tak samo jak alkohol. Wszyscy sobie od czasu do czasu wypijemy i niekiedy to rodzi kłopoty, ale większość ludzi pije w sposób bezproblemowy. Część zaczyna pić więcej i częściej, i wtedy zaczynają się kłopoty, aż dochodzi do uzależnienia. Z narkotykami — podobnie, tylko wszystko dzieje się dużo szybciej.
Dlatego są tak niebezpieczne?
J.S.: Też. Ale głównie dlatego, że nie są akceptowane przez społeczeństwo. Nie ma kulturowych norm — drogowskazów, które mówiłyby, jak ich bezpiecznie używać, w jakich sytuacjach są dozwolone, w jakich nie. Niedozwolone jest wszystko. W związku z czym są ludzie, którzy zaczynając brać i idą na całość. Częściej jednak kończy się na pojedynczych próbach. Zaspokoił ciekawość i już. Czasami instynkt samozachowawczy podpowiada: nie za dużo, nie za często...
Ludziom biznesu też?
J.S.: Na podstawie różnych wyrywkowych informacji możemy zbudować z grubsza taki obraz: narkotyki w biznesie są używane w dwóch celach. Po pierwsze — w celach rekreacyjnych. Odreagować stres, lepiej się bawić, odpocząć po pracy. Do tego służy przede wszystkim marihuana, środek najbardziej rozpowszechniony. Ryzyko związane z jej zażywaniem jest niższe niż kokainy, heroiny czy amfetaminy. Oczywiście też uzależnia i może spowodować poważne problemy. W pewnych sytuacjach jak party czy clubbing pojawiają się środki syntetyczne, np. ecstasy. No i oczywiście kokaina. Potwornie droga. A ponieważ jest obecnie bardzo modna i niesie różne fajne doznania, pewna część osób po nią sięga. Po drugie: jest grupa, młodych yuppies, która próbuje podnieść swój potencjał pracy. Szczególnie, gdy trzeba coś zrobić szybko, w dużym napięciu. W takich sytuacjach zastosowanie znajduje amfetamina.
Tych jest mniej?
J.S.: Zdaje się, że tak. Ale trudno szacować, żadnych badań nie robiliśmy. Nie chciałbym, by powstało wrażenie, że wszyscy biznesmeni lub większość bierze. Prawdopodobnie nie.
No to ile?
J.S.: Jak patrzymy na całą populację w wieku 25-35 lat, to w skali kraju może 3 proc. miało kontakt z narkotykami. Jeśli ograniczymy się do wielkich aglomeracji — więcej. W Warszawie może się okazać, że jest ich 10 proc. Mówię o osobach, które zażyły narkotyk chociaż raz w ciągu ostatniego roku. Coś nowego, modnego skłania do eksperymentowania — szczególnie jeśli jest się osobą obracającą w „towarzystwie”. Nie jest to jednak dominujący rys stylu bycia młodego biznesmena w Polsce. Chociaż rzeczywiście do niedawna narkotyki były u nas problemem tylko nastolatków.
Które dzisiaj dorosły, pracują i ciągle ćpają?
J.S.: To jedno. Ale jest jeszcze moda na młodzieżowy styl życia. Narkotyki się w to wpasowały. Dzisiaj czterdziestolatek leci gdzieś do klubu między młodych i stara się zachowywać jak oni. Wtedy zdarza się, że po raz pierwszy sięga po narkotyk. Nie oznacza to, że staje się narkomanem. Wszystkie substancje psychoaktywne działają na ludzi bardzo różnie. Są tacy, którzy wpadają bardzo szybko. Ale są osoby, które np. piją przez całe życie potworne ilości alkoholu — i nic. Trudno powiedzieć, po jakim czasie ktoś się uzależnia.
Słyszał pan, że pojawia się coraz więcej prywatnych ośrodków terapeutycznych?
J.S.: Zgadza się. I to drogich!
Otóż to. Idą tam ludzie, których na to stać.
J.S.: Właśnie, jest popyt. Prawdopodobnie mamy do czynienia z tendencją wzrostową — podobnie jak w całej Europie. Przy czym, żeby nie demonizować — nie jest tak, że nagle — bach! — w ciągu kilku lat mamy milion zamożnych narkomanów. Problem wciąż jest marginesowy, ale narasta. Szczególnie w środowisku ludzi biznesu, otwartych na nowinki, z mnóstwem kontaktów z zagranicą. Polski biznesmen jest już bardziej podobny do zachodniego partnera niż do polskiego robotnika.
A kreskę kokainy wciąga, bo lubi?
J.S.: Bo to daje przyjemność! A ludzie lubią się czuć przyjemnie. Tylko że z narkotykami jest ten kłopot, że za przyjemność trzeba płacić.
Za każdą trzeba.
J.S.: Ale w tym przypadku cena jest zbyt wysoka. Goni się za przyjemnością, która przeistacza się w koszmar. Na przykład kokaina powoduje głębokie uzależnienie psychiczne. Zespół abstynencyjny po kokainie zawsze wiąże się z głęboką depresją. Człowiekowi nie chce się żyć. Często zdarzają się próby samobójcze.
Więc?
J.S.: Nie ma narkotyków bezpiecznych. Na przykład marihuana ma taki image — ot, niegroźne ziółko. Nieprawda! Ale również nieprawdą jest, że marihuana szkodzi tak bardzo, jak kokaina. Oczywiście najlepiej po te substancje w ogóle nie sięgać. A jeżeli już się sięgnie, to w sposób wyjątkowo ostrożny. Jak z każdym ryzykiem. Starać się je minimalizować.
Jak???
J.S.: Przede wszystkim próbować narkotyków w środowisku bezpiecznym. Zadbać, by ktoś przyjechał i odwiózł do domu itd. Proste zabiegi. Żeby byli znajomi, którzy złapią, jak ktoś chce wyskoczyć przez okno. Ludzie różnie reagują… Nawet na marihuanę, która jest niby mniej niebezpieczna niż kokaina i heroina. A jak już wpadniemy na pomysł, żeby sobie coś wstrzyknąć, to też nowym, sterylnym sprzętem. Odpowiednio dobraną dawkę. Po troszeczku, powolutku… Oczywiście najlepiej w ogóle tego nie próbować. Ale nie każdy chce zrezygnować z poznania pewnych sfer życia. Dlatego jeśli zdecydujemy się zrobić wyprawę w świat niedozwolonych przyjemności, to ostrożność musi być szczególna. Trzeba pamiętać, że na zdrowy rozsądek można liczyć tylko do pewnego momentu, bo „one” właśnie ingerują w zdrowy rozsądek. Upośledzają mechanizmy kontroli w sposób niedostrzegalny. Człowiek myśli, że zachowuje się rozsądnie, ale to już nieprawda.
