Jednak zamiast pogłębienia zniżek doczekaliśmy się ich odrobienia. Czy oznacza to "ułaskawienie" przed dalszą falą spadkową? Za wcześnie na takie wnioski, z pewnością jednak końcówkę sesji możemy uznać za optymistyczną.
Cały niemal dzień WIG20 spędził w okolicach 2380 pkt - tak nisko indeks
nie przebywał od 20 lipca. Ponieważ nastroje na rynkach europejskich nie były
dobre, a o końcówce miały przesądzić popołudniowe dane z USA, można było
spodziewać się pogłębienia spadków. Tak się jednak nie stało. Od 15.00 WIG20
ruszył zdecydowanie w górę, zyskując 35 pkt do końcowego fixingu. Podobny zryw
obserwowaliśmy na innych parkietach europejskich.
Ponieważ o tej godzinie publikowano indeks cen domów dla 20 największych
amerykańskich miast, trudno nie skojarzyć tych wydarzeń. Indeks
S&P/CaseShiller wzrósł nieoczekiwanie o 4,2 proc. r/r, a oczekiwano wzrostu
o 3,6 proc. Podstawy do optymizmu inwestorów wydają się jednak wątłe. Dane, na
bazie których opracowano indeks, obejmują okres od kwietnia do czerwca, a więc
także dwa ostatnie miesiące obowiązywania ulg podatkowych (8000 tys. USD dla
osób kupujących pierwszy dom. Tak się składa, że owe 8 tys. USD to akurat 4
proc. od przeciętnej wartości domu w USA, wynoszącej 200 tys. USD).
A kolejne dane ze Stanów miały już mieszany charakter - indeks ISM dla
regionu Chicago spadł mocniej niż tego oczekiwano, natomiast indeks nastrojów
konsumentów wzrósł silniej niż prognozowano. To zapewniło udany finisz notowań -
na końcowym fixingu WIG20 wzrósł o kolejnych 15 pkt, zaś począwszy od 15.00
obserwowaliśmy także wyraźnie wzmożone obroty. Ponieważ w tym samym czasie
S&P obronił kolejny raz wsparcie na poziomie 1040 pkt, część inwestorów
mogła uznać, że tak długa obrona (trwa szóstą sesję) rokuje dobrze na
przyszłość. Co prawda, to trochę za słaby argument, żeby z zapałem dokonywać
zakupów długoterminowych, ale bez wątpienia nadzieje na zatrzymanie spadków
przedłużyły się na kolejny dzień. Ponieważ zbliżamy się do piątkowej publikacji
danych z amerykańskiego rynku pracy, możemy założyć, że przynajmniej do
ostatniego dnia tygodnia miecz Damoklesa na rynki nie spadnie, a piątkowa
publikacja Departamentu Pracy (i poniekąd jutrzejsza ADP) mogą przesądzić o
losach rynku.
U nas filarem zwyżek dość nieoczekiwanie stały się PGNiG oraz PKN, mimo
publikacji rozczarowujących raportów kwartalnych. Jednak przed sesją część
analityków radziła, by wykorzystać rozczarowanie wynikami i ewentualne spadki,
do zakupów akcji. Największe banki - PKO BP (wzrost o 0,1 proc.) i Pekao (spadek
o 0,8 proc.) radziły sobie słabiej niż BRE czy BZ WBK, choć ze słów premiera
wynika, że jakieś obciążenie podatkowe jest wobec banków planowane, a skoro tak,
to powinno dotknąć wszystkich równo. Szczegóły nie są znane.
Euro odzyskało 0,4 proc. wobec dolara, dzięki czemu dolar spadł także i u
nas o 0,3 proc. (do 3,139 PLN), euro nie zmieniło ceny. Frank natomiast
utrzymuje się niezmiennie wysoko, dziś testował 3,10 PLN po raz pierwszy od
prawie dwóch miesięcy.
Ropa podrożała o 0,1 proc., a miedź spadła o 1,1 proc., ale w obu
przypadkach start notowań był gorszy. Złoto zyskało 0,6 proc. do 1246 USD za
uncję, co daje najwyższy poziom od dwóch miesięcy.
KOMENTARZ PRZYGOTOWAŁ
Emil Szweda, Open Finance