Od kilku tygodni, po tym jak rada GPW zawiesiła Ludwika Sobolewskiego, w mediach dominują dwie narracje. Jedna nosi twarz femme fatale — Anny Szarek. Druga, lansowana m.in. przez Ludwika Sobolewskiego i niektóre media, teza, że ktoś wysoko postawiony (choćby w ministerstwie skarbu lub biznesie) od dawna dybał na stanowisko szefa GPW.
— Musiałem komuś nadepnąć na odcisk — podkreśla Ludwik Sobolewski, sugerując, że od dłuższego czasu czyhała na niego wataha spiskowców.
A jakie są fakty? Nie zadowolą z pewnością zwolenników tezy o intrydze.
Eksprezes GPW w sprawie filmu wykonał pierwszy, fałszywy ruch, inicjując i kontrolując prace nad zdobywaniem funduszy na film „Last Minute”(pierwotny tytuł: „Klątwa faraona”) wśród giełdowych spółek. W efekcie zdyskwalifikowało go to w oczach szefów Ministerstwa Skarbu Państwa (MSP) jako osobę niegodną piastowanego stanowiska. Latem minionego roku partnerka Ludwika Sobolewskiego pojawiła się w KRS jako wspólniczka Patryka Vegi. Tu w grę wchodziły nie tylko powiązania osobiste, ale przede wszystkim spore pieniądze: Anna Szarek, dzięki spółce produkującej
i dystrybuującej film „Klątwa faraona”, miała (według dokumentów samej spółki) zarobić „w ostrożnym wariancie” ponad 0,5 mln zł. Jak zdobyliśmy te informacje? Najkrócej mówiąc, znakomitym źródłem okazał się sam… Ludwik Sobolewski. Ale zacznijmy od początku.
W końcu września 2012 r. do jednego z redaktorów „PB” trafia przedstawiciel spółki z NewConnect. Opowiada o e-mailu od Emila Stępnia, nie kryjąc oburzenia, jednak odmawia przekazania dokumentów.
To czas, gdy od kilku miesięcy wszyscy wiedzą o otwartym konflikcie między prezesem GPW a Izbą Domów Maklerskich (IDM), w który izba, bezskutecznie, próbuje wciągnąć m.in. MSP. W końcu lata rynek nie emocjonuje się już sprawą IDM, lecz filmem. Tu domysły roznoszą się równie szybko, jak e-maile do spółek od Emila Stępnia, bliskiego współpracownika Sobolewskiego. Pozostaje je zweryfikować.
W sukurs przychodzą oficjalne komunikaty spółek z NewConnect: ABS Investments, EBC Solicitors czy PSW Capital informują o podpisaniu umowy ze spółką Ent One. Kilkadziesiąt sekund szukania w internetowej bazie KRS i Google’u wystarczy, by ustalić, kim jest Anna Szarek z Ent One i jakie relacje łączą ją z Ludwikiem Sobolewskim.
To informacja kluczowa, ale wciąż nie wiadomo, co dokładnie jest w e-mailach od Emila Stępnia i czy cała sprawa dalej nie jest rozdmuchaną plotką. Jak ją sprawdzić, nie mając dokumentów? Najlepiej u samego prezesa GPW. Na początku października „PB” aranżuje spotkanie z Ludwikiem Sobolewskim. Prezes wcześniej dostaje pytania.
Są więc dociekania m.in. o to, czy Emil Stępień działa na własną rękę i czy informował o tym prezesa. Ludwik Sobolewski nie zaprzecza. Po spotkaniu autoryzuje swoje obszerne odpowiedzi, w których przyznaje m.in. że „wiedział o wszystkim od samego początku, ale e-maile były prywatną inicjatywą Emila Stępnia” (tu, jak później wykaże audyt Rady GPW, prezes nie mówił prawdy).
9 października na okładkę „PB” trafia tekst „Tak się kręci film na giełdzie”, w którym, za radą prawników, stawiamy na fakty, a nie emocje czy domniemania. Nazajutrz po publikacji prezes jednej ze spółek przerywa zmowę milczenia i decyduje się wysłać nam komplet dokumentów dotyczących finansowania filmu. W tym samym dniu znajomy prezesa dzwoni do redakcji w jego obronie. Twierdzi, że „tylko kilka” z kilkudziesięciu e-maili wysłanych przez Emila Stępnia wyszło z adresu służbowego.
W ten sposób poznajemy skalę przedsięwzięcia. Po tekście dzwonimy do różnych prominentnych osób z prośbą o komentarz. Zdecydowana większość rozmówców albo od razu odkłada słuchawkę, albo prosi o niepodawanie nazwiska. Rzecznik resortu skarbu zwleka, po czym odpisuje m.in., że „wszelkie spekulacje i pochopne oceny mogą rzutować na wizerunek spółki”.
Co wówczas robi rada GPW? Dr Leszek Pawłowicz, jej przewodniczący, zapowiada zajęcie się sprawą, ale bagatelizuje jej znaczenie, nie chcąc swoimi działaniami legitymować faktów przedstawionych w „PB”. Zachowuje dystans do spraw opisanych przez „PB” bardzo długo, mając w pamięci działania IDM i uważając, że może to być kolejna odsłona konfliktu na linii Izba — GPW. Zmienia zdanie w grudniu, gdy poznaje wyniki audytu GPW, niepozostawiające złudzeń co do roli Ludwika Sobolewskiego w całej sprawie i potwierdzające nasze ustalenia.
— Na początku myślałem, że pan był — jako autor — sterowany z zewnątrz. Po audycie już tak nie myślę. Gratuluję — mówi miesiąc później Leszek Pawłowicz i potwierdza, że tuż przed audytem przeprowadzonym przez PwC ktoś usuwał pliki i e-maile z komputera Emila Stępnia (udało się je odzyskać).
Sam Ludwik Sobolewski po zawieszeniu nie składa broni. Udziela kilku wywiadów, przedstawiając siebie jako ofiarę wykreowanego na własne potrzeby — niemającego nic wspólnego z rzeczywistością — spisku.
Atakuje radę giełdy i ministra skarbu, który zalecił audyt GPW. Zaczyna się medialna potyczka. Minister ripostuje: „To haniebne, że prezes Giełdy Papierów Wartościowych wykorzystywał swoje stanowisko do prywatnych spraw” — mówi Mikołaj Budzanowski w Radiu Zet. Głos zabiera sam premier Tusk: „(…) jeśli pojawiają się najmniejsze wątpliwości i te wątpliwości są potwierdzane przez radę nadzorczą, to trudno być dalej prezesem giełdy (…)”.
Najdosadniej, na antenie TVN, sprawę puentuje Jan Krzysztof Bielecki, były premier: „Sobolewski został złapany na mówieniu nieprawdy. Nie ma większej hańby, niż dać się złapać na mówieniu nieprawdy”. Do dziś, do redakcji „PB” nie trafiło żadne pismo, list czy e-mail kwestionujący choć jedno słowo z kilkunastu naszych tekstów, dotyczących sprawy filmu na giełdzie.
Lawina toczy się dalej: po zawieszeniu Ludwika Sobolewskiego pojawiają się plotki, że przynajmniej kilka osób przymierza się do przeprowadzki do gabinetu prezesa. Nic dziwnego — taka praca to nie tylko prestiż i wpływy, ale również zarobki na poziomie niemal 1,8 mln zł rocznie.
I pomyśleć, że wciąż byłyby to warunki pracy Ludwika Sobolewskiego, gdyby on sam wcześniej nie podstawił sobie nogi. Chociaż mogło być jeszcze gorzej.
— Gdyby prezes sam podał się do dymisji, jak pierwotnie zrobił, straciłby prawo do premii, jak i 12-miesięczny okres wypowiedzenia, w którym co miesiąc dostaje 100 proc. pensji — tłumaczy Leszek Pawłowicz. Nikt z ministerstwa nie naciskał go w sprawie zawieszenia Ludwika Sobolewskiego.
— Nie brałem udziału w żadnym polowaniu, bo takiego nie było — mówi Leszek Pawłowicz i dodaje, że chętnie upubliczniłby wyniki audytu autorstwa PwC, ale nie może tego zrobić bez zgody PwC. A tej brak.
W ostatniej scenie filmu na giełdzie resort skarbu jednym posunięciem zamyka usta twórcom rozmaitych teorii spiskowych: na walnym odwołuje prezesa i mianuje nowego — Adama Maciejewskiego, zaufanego człowieka Ludwika Sobolewskiego. Zyskuje tym aplauz autorytetów rynku kapitałowego, z Wiesławem Rozłuckim na czele.
Choć i tak części osób wciąż nie mieści się w głowie, że prezesa jednej z kluczowych publicznych spółek zwalnia się m.in. „tylko” dlatego, że łamał zasady etyki, w kluczowych kwestiach mówił nieprawdę, a do tego w tle majaczą setki tysięcy złotych potencjalnego zysku dla jego partnerki.
Zdaniem „Forbesa”: „Do jego [Ludwika Sobolewskiego – red.] odwołania doprowadziła działająca w porozumieniu grupa, skupiająca żywotne interesy maklerów i ministerstwa skarbu, wspierana ponoć przez jednego z najskuteczniejszych spin doktorów biznesowych w Polsce”. „Forbes”, luty 2012
Zdaniem „Pulsu Biznesu”: Do odwołania przyczynił się przedstawiciel małej spółki z NewConnect, która poinformowała redakcję „PB” o e-mailach wysyłanych przez pracownika GPW dotyczących produkcji filmowej. To uruchomiło lawinę zdarzeń: najpierw publikację w „PB”, potem audyt zlecony przez radę giełdy i decyzję Ministerstwa Skarbu Państwa o odwołaniu prezesa.
Od wydawcy „Pulsu Biznesu”
We wczorajszej publikacji „Forbesa” zwraca uwagę szokujące — w kontekście faktycznego przebiegu zdarzeń — nieprawdziwe w całości i nieodpowiedzialnie sformułowane twierdzenie, jakoby Ministerstwo Skarbu Państwa konsultowało z „Pulsem Biznesu” metody usunięcia prezesa GPW. Twierdzenie to będzie przedmiotem stanowczej reakcji wydawcy i redakcji przygotowywanej przez prawników.