Kilka salonów literackich, kilka bardzo dobrych scen teatralnych, kilka klubów dyskusyjnych bez trudu udałoby się wypełnić ludźmi, którzy swoimi nazwiskami poparli deklarację programową nowej formacji centrowej, zwanej — dosyć niefortunnie — Partią Demokratyczną. W końcu jest na niej 176 nazwisk ludzi pierwszej zacności, o niepodważalnych kompetencjach, osiągnięciach i zasługach w swoich dziedzinach. Ale czy to wystarczy, by stworzyć partię polityczną skutecznie rywalizującą o głosy wyborców? Mam poważne wątpliwości.
W polityce nie wystarczy mieć rację, trzeba jeszcze do tej racji umieć przekonać większość, a przynajmniej znaczącą mniejszość — mówi elementarz każdego początkującego polityka. Nie wyobrażam sobie, by tej prawdy nie znali starzy liderzy nowego ugrupowania (znowu trzech tenorów?): Tadeusz „gruba kreska” Mazowiecki, Władysław „bokser” Frasyniuk i Jerzy „to się nie uda” Hausner. A czym chcą do siebie przekonać wyborców? Zrebrandingowaną Unią Wolności. Nazwą? Chyba nie, bo już przy poprzednim rebrandingu z Unii Demokratycznej na Wolności miała to być Partia Demokratyczna i w ostatniej chwili zmieniono decyzję. Przekraczaniem „niewidzialnych granic” (politycznych, jak rozumiem)? A kogo to, poza tymi, którzy przekraczają te granice, interesuje i obchodzi? Niezgodą na dzisiejszy stan: tak dalej być nie musi? To już przerabialiśmy.
Jeszcze nie tak dawno największa liczba kanap politycznych stała po prawej stronie. Teraz tam się trochę uspokoiło, prawica, programowo, gospodarczo, przemieszała się z lewicą, lewica znalazła się w odwrocie, a wszyscy chcą się ulokować w centrum. Partii nie można identyfikować po programach, szczególnie gospodarczych (bo takie nie istnieją), ale już nawet trudno po poglądach liderów, bo te ewoluują w zupełnie nieprzewidywalnych kierunkach. Bo kim jest Jerzy Hausner? Niedoszłym członkiem Biura Politycznego KC PZPR, programowym lewicowcem, wrażliwym demokratą czy bezkompromisowym liberałem — jak chcą niektórzy?
I tylko tych wyborców mi szkoda. Bo konia z rzędem temu, kto — w miarę zbliżających się wyborów — będzie w stanie wymienić funkcjonujące na naszej scenie politycznej ugrupowania, nie mówiąc już o ich liderach czy — nie daj Boże — programach. Tym bardziej że to dopiero początek czasu nowych ugrupowań i sojuszy. Wybory będą weryfikatorem.