Nowe pośród starego

Jacek Konikowski
opublikowano: 2004-05-14 00:00

Fajny scenariusz. Kamieniarz, który krok po kroku z sukcesem tworzy, gdzieś na Ścianie Wschodniej, wielki nowoczesny biznes. Padło na traktory, bo fascynował go świat Johna Deere’a w Iowa.

Co to ma być? Film, książka? Kapitalistyczny „produkcyjniak” ku pokrzepieniu — niektórych — serc? „Ściernisko i San Francisco”? Bzdura! Taka historia w Ameryce — owszem, ale u nas...

Stopnie

Narew. Senne miasteczko na Podlasiu, tylko krok do Puszczy Białowieskiej. Drewniane chałupy i cerkiew pamiętają czasy carskich prikazów. Na rynku — mimo wczesnej pory — pusto. Pod sklepem kilka zgarbionych postaci przygląda się ciężarówkom wyłaniającym się zza zakrętu i z rykiem mijającym rynek.

— Sergiusz Martyniuk? Pan jedzie tam, skąd jadą te ciężarówki, to pan znajdzie... Ze dwie wiorsty będzie, prosto cały czas — mówi staruszka, zapytana o drogę do Pronaru.

Dla tutejszych Martyniuk to Pronar. Znają go tu wszyscy, bo — prócz Pronaru — z fabryk nie ma tu nic.

Martyniuk jest z wykształcenia kamieniarzem, więc i biznes zaczynał od zakładu kamieniarskiego. Robił nagrobki. Potem chwytał się wszystkiego, co dawało jakiś zysk: od produkcji rynien i zawiasów po handel paliwami.

Pod koniec lat 80., wraz z kolegami z Narwi, założył spółkę Pronar, która pierwsza w Polsce otworzyła sieć prywatnych stacji benzynowych. Potem dołączyło kilka sklepów spożywczych i wielobranżowych. Mydło i powidło. Tak samo pomyślał Martyniuk, dlatego pozbył się balastów, by skoncentrować się na stali.

W Narwi stworzył centralę handlu zagranicznego i wkrótce stał się jednym z większych w kraju importerów stali. Wybudował własny terminal przeładunkowy, pojawiło się też biuro spedycyjne. O robieniu traktorów myślał, ale nikomu nic nie mówił...

Wszystko zmieniło się po wizycie w pewnym muzeum. Jedną z atrakcji kilkunastodniowej wycieczki po Stanach Zjednoczonych, na którą pojechał Martyniuk, była wizyta w muzeum traktorów przy słynnej fabryce Johna Deere — w stanie Iowa. Oglądanie staroci szybko go znużyło. Równie stare maszyny stały na podwórkach niejednego gospodarstwa w jego stronach... Ciekawiło go raczej to, co dzieje się w olbrzymich halach nieopodal muzeum. Udając hobbystę, namówił przewodnika na zwiedzanie fabryki. Pytał, podpatrywał.

— Byłem pod wrażeniem tego, co zobaczyłem. Dokładnie przyjrzałem się linii produkcyjnej, wypytywałem o najdrobniejsze szczegóły. Starałem się wszystko zapamiętać, bo nie wolno było robić ani notatek, ani zdjęć — opowiada Martyniuk.

Przeświadczenie

Do Narwi wrócił z gotowym pomysłem. Będzie robił traktory! Wtedy produkował je w Polsce tylko Ursus. Martyniuk przewidział jednak to, czego nie przewidzieli inżynierowie wielkiej fabryki: na wsi mocno wzrośnie popyt na zupełnie inne traktory — potężniejsze, o większej mocy silnika.

— Właściwie to sam Ursus wymógł na mnie produkcję ciągników... W kilka miesięcy, tuż obok terminalu przeładunkowego stanęła niewielka hala produkcyjna. Na piętrze powstało małe biuro z kilkoma komputerami. Zatrudniłem pierwszych inżynierów — i tak zaczęliśmy. Właściwie od zera. Wpierw handlowaliśmy traktorami, potem zaczęliśmy je montować, a niedługo — produkować własne — wspomina Martyniuk.

Nawiązał współpracę z fabryką traktorów MTZ z Mińska i w Narwi zaczął składać białoruskie ciągniki. Z czasem zaczął je unowocześniać, aż w końcu zaprojektował i zrobił pierwszy własny traktor: Pronar. Dziś, po 16 latach, z fabryki w Narwi wyjeżdża co trzeci sprzedawany w Polsce ciągnik. Średnio 20 dziennie. Różne: od małych z silnikiem nie większym od malucha do olbrzymów o mocy 156 KM, kosztujących nawet 180 tys. zł. Na placu stoją krótko, bo zazwyczaj od razu trafiają na ciężarówki i jadą w Polskę. Lub za granicę.

Na żółtawym budyneczku z drewnianymi drzwiami, wciśniętym między dwie olbrzymie, stalowe hale, wciąż wisi szyld, który Martynik powiesił 16 lat temu: „Pronar. Montaż przemysłowy ciągników”. Budowla trwa, ale krajobraz wokół niej zmienił się nie do poznania.

Nawyki

Martyniuk chętnie opowiada o fabryce, ale niechętnie o sobie.

— A kto ja jestem, żebym o sobie miał mówić? Pronar to mój drugi dom. Tu spędzam czas od rana do późnego wieczora. Moje dziecko, które wychowuję i które na moich oczach dorasta — mówi i prowadzi do jednej z czterech wielkich hal przypominających hangary.

Większych nie ma w tej części Polski. Pod dachem ćwierkają wróble, a na dole lecą iskry, bo tnie się stal. To dział produkcji przyczep. Trzy na cztery wyprodukowane w Polsce wyjeżdżają właśnie stąd. Miesięcznie: ponad 150; za rok ma być drugie tyle. Mijamy młodego chłopaka, który cienkim pędzelkiem skrupulatnie domalowuje ubytki farby na kilkutonowej zielono-czerwonej przyczepie.

— Nauczyłem ludzi nowego myślenia, dokładności i precyzji — nawet w czymś tak topornym jak rolnicza przyczepa. I nie tylko tego... Proszę spojrzeć na tamtego chłopaka: idzie do magazynu po materiał; nie będzie go tylko chwilę, ale lampę przy maszynie wyłącza. Oszczędności też ich nauczyłem — mówi z dumą Martyniuk.

Zatrudnia 900 ludzi. Niektórzy dojeżdżają z Białegostoku. Do końca roku zatrudni kilkudziesięciu nowych, ale będzie też zwalniał — i to nie tylko na najniższych stanowiskach. Wymyślił szalony plan — najsłabszych zastąpi maszynami i komputerami, a najlepsi przejmą ich wynagrodzenie!

Z baldachimem

Na końcu hali kilku pracowników uwija się przy szkielecie kabiny ciągnika ustawionego za czarnym parawanem. Szlifują karoserię niczym w pracowni Pininfariny.

— Teraz zdjęć i notatek proszę nie robić. To prototypownia. Tu powstają nowe modele, podzespoły i rozwiązania, za które konkurencja wiele by dała — mówi Martyniuk.

Wsiadam do prototypowego ciągnika. Opływowa karoseria — trochę jak w sportowym bolidzie. Niebieski lakier. Wnętrze niby w średniej klasy samochodzie osobowym: nowoczesne zegary, amortyzowane siedzenie, klimatyzacja, radio, nawet zapalniczka i uchwyt na puszkę z napojem. Trudno uwierzyć, że to traktor. Silnik Lamborghini ma 150 koni mocy. Aż korci, by spytać, w ile sekund przyspiesza do setki.

— Teraz nie wystarczy już, że traktor ma silnik. Musi „wyglądać” — i być wygodny. Niektóre są nawet z klimatyzacją. Najnowsze dostaną skórzane siedzenie, które nie zmienia położenia, nawet gdy traktor wjeżdża pod górkę — mówi pracownik prototypowni.

— Robimy też traktory na specjalne zamówienia. Na przykład te, które wysłaliśmy do Afryki miały po bokach uchwyt, bo tam jednym traktorem podróżuje i kilka osób, więc muszą mieć się czego trzymać. Zamiast plastikowej kabiny był baldachim z materiału chroniącego przed słońcem — wyjaśnia Martyniuk.

Traktory z Narwi trafiają do Danii, Niemiec, Austrii, Irlandii. Sporo jeździ w Arabii Saudyjskiej, Australii i Nowej Zelandii. Kilkadziesiąt pojechało do Afryki. Wszędzie tylko za gotówkę. Dlatego negocjacje z sudańskim kontrahentem trwały w nieskończoność, bo z góry zakładał, że nie będzie płacić w terminie.

Boeingi

Kiedy przeciąć pomieszczenia projektantów, wejdzie się do kolejnej hali. Jak okiem sięgnąć, same opony — od dużych po małe, od gładkich po takie z potężnymi bieżnikami.

— Zapas na tydzień produkcji — tłumaczy Martyniuk. I dodaje:

— Właściwie to jestem samowystarczalny, bo tylko opony i silniki sprowadzamy z zewnątrz. Resztę robimy na miejscu. Wygodniej. Nie ma przestojów, bo ktoś nawalił albo zbankrutował. Kiedyś kooperowałem z dostawcami i często się zdarzało, że z każdym zamówieniem cena rosła o kilka procent.

Wśród czarnej masy opon tkwi bardzo nietypowa — przypominającą tę na koło lotnicze.

— Bo to jest koło lotnicze, do Boeingów 747! Robimy do nich felgi. Jeden z inżynierów pracował nad wykonaniem prototypu prawie półtora roku. Udało się! Jest lekka i diabelsko wytrzymała — chwali się Martyniuk, bo niewiele jest polskich części w dżambo dżetach, do tego produkowanych na Podlasiu.

Przy okazji dowiedział się od jednego z kontrahentów, że w Europie Zachodniej składuje się mnóstwo opon, z którymi nie ma co robić (Japończycy, którzy je produkowali, po prostu nie sprostali lotniczym normom). Do samolotów się nie nadają, ale do przyczep — jak najbardziej! Nie mają bieżnika, więc i nie niszczą gleby na polu. Kupił, ile się dało — i dodał do olbrzymich, kilkunastotonowych przyczep.

Dziwne

Mijamy wydział produkcji felg. Część z nich trafia do traktorów Pronaru, reszta — na sprzedaż. Podobno 80 proc. felg wykorzystywanych w polskim rolnictwie i maszynach komunalnych pochodzi właśnie stąd. Są nietypowe, bo nie spawane, lecz nitowane, a to podobno wyższa szkoła jazdy.

Mało co robi się tu ręcznie. Wszędzie cyfrowe maszyny, laserowe spawarki, plazmowe wycinarki. Firma jest w stanie sprostać wymagającym klientom i ich zachciankom. Sporo traktorów idzie na eksport. Niemcy gustują w żółtych, Węgrzy — w czerwonych, a Szwedzi z Volvo zamawiają eleganckie beżowozłote felgi.

— Niedługo napisze pan, że Pronar jest najlepszy w kraju i trzeci albo czwarty w Europie — prorokuje Martyniuk, gdy wychodzi na dziedziniec, na którym w karnym rzędzie stoją niebieskie traktory gotowe do wysyłki.

— Ludzie go tu lubią, bo jest w nim trochę Wokulskiego i trochę Judyma. Daje im pracę, ale i pomaga gminie. Jego sukcesy sprawiają, że i nam jest po prostu lepiej. Pomaga straży pożarnej, sponsoruje imprezy kulturalne, wspiera nasz klub sportowy Iskra. Słyszałem też, że sponsorował przegląd pieśni białoruskiej i festiwal muzyki cerkiewnej w Hajnówce. Słowem: dobrze mieć takiego przedsiębiorcę w gminie — mówi Jakub Sadowski, wójt gminy Narew.

W zakładowej stołówce, nad kurczakiem z surówką, gadamy o firmie i polskiej gospodarce. Martyniuk mało je, za to dużo mówi:

— Firmę zbudowałem za swoje pieniądze, bez kredytów i państwowej pomocy. W zeszłym roku na inwestycje poszło 15 mln zł, w tym roku będzie około 20 mln zł: wszystko z firmowej kasy. Nie potrzebuję pomocy państwa. To raczej ja państwo wspieram, bo przez 2 miesiące obraca moimi pieniędzmi z VAT, zamiast je od razu zwrócić. Z Unii też nic nie dostaję, bo jestem za duży. Zresztą to mnie nie dziwi, bo przecież nikt tam nie będzie wspierał konkurencji z Polski.

Za to nie może się też nadziwić, dlaczego nie może kupić od polskich hut stali, skoro te narzekają na brak pieniędzy.

— Jak pan mi to wytłumaczy, postawię panu kurczaka — żartuje Martyniuk.

Ale najbardziej dziwi go, że jemu się udało — a inni nawet nie próbują:

— Przecież Polska jest krajem przemysłowo-rolniczym, więc aż się prosi, by zarabiać w branży obsługującej rolnictwo.

Naprawdę takie to proste?