Z finansami państwa jest gorzej niż wszyscy sądzili. Zapowiadany przez Jacka Rostowskiego, ministra finansów, poziom przyszłorocznego deficytu budżetowego może budzić niepokój. 52,2 mld zł to prawie dwukrotnie więcej od tegorocznej luki po nowelizacji (27 mld zł), mimo że jeszcze kilka miesięcy temu rząd zapowiadał, że będzie starał się utrzymać deficyt na poziomie zbliżonym do tegorocznego.
Dali sobie spokój
Według Remigiusza Grudnia, ekonomisty
PKO BP, tak wysoki poziom deficytu świadczy o tym, że rząd odpuścił sobie
nerwowe szukanie oszczędności i dodatkowych przychodów.
— Zakładałem, że resort finansów będzie kontynuował drobne działania mające niwelować wzrost deficytu, np. cięcia w wydatkach na administrację. Przy takim scenariuszu deficyt wyniósłby około 40 mld zł. Wszystko wskazuje jednak na to, że zamiast tego puszcza deficyt swobodnie, czyli tak, jak wynika to z sytuacji makroekonomicznej — tłumaczy Remigiusz Grudzień.
Z jednej strony rosnący deficyt to obciążenie dla podatników — prędzej czy później trzeba będzie oddać pożyczone na jego sfinansowanie pieniądze wraz z odsetkami. Z drugiej jednak strony, dociskanie kolanem polityki fiskalnej przez cięcia wydatków i podnoszenie podatków w momencie wychodzenia gospodarki z kryzysu też nie byłoby dobrym rozwiązaniem.
— Rząd wybrał mniejsze zło. Zadłużenie jest kosztowne i może zaniepokoić inwestorów, jednak taki ruch da odetchnąć gospodarce i sprawi, że wykonanie przyszłorocznego budżetu jest niezagrożone — mówi analityk PKO BP.
Taka informacją resort finansów zakłada pętlę na szyi złotego. Konieczność gwałtownego wzrostu zadłużenia stawia Polskę w nienajlepszym świetle. Dlatego Janusz Jankowiak, główny ekonomista Polskiej Rady Biznesu, spodziewa się osłabienia naszej waluty. Główne uderzenie może nastąpić we wtorek, kiedy po długi weekendzie powrócą do pracy inwestorzy w USA (Jacek Rostowski z pewnością nieprzypadkowo wybrał właśnie piątek wieczorem jako termin ogłoszenia hiobowej wieści — inwestorzy mają czas, by się z nią oswoić).
Zamiast noża w plecy
Aby nieco udobruchać rynki minister
finansów zapowiedział jednak, że podniesie rządową prognozę przyszłorocznego
wzrostu gospodarczego z 0,5 proc. na 1,2 proc.
— Jeśli inwestorzy patrzyliby na fundamenty naszej gospodarki, ze złotym nie powinno dziać się nic złego. Nasz dług nawet przy takim deficycie będzie koło średniej w Unii Europejskiej, więc za co karać akurat nas, a nie np. Francuzów? Sądzę jednak, że będą kombinować — na pewno część z nich będzie budowało scenariusz na osłabienie złotego, ale pewnie znajdą się i tacy, którzy ten trend będą rozbijać, co może chronić naszą walutę — twierdzi Rafał Antczak, wiceprezes Deloitte.
Dlatego, jego zdaniem, rząd musiał zaryzykować. Inne sposoby dopinania budżetu okazały się nierealne.
— Zwykłe cięcia wydatków i podnoszenie podatków byłyby nożem w plecy dla gospodarki. Potrzebne są reformy strukturalne — zarówno po stronie dochodowej jak i wydatkowej. A na to rząd nie ma pomysłów. Nawet jeśli jakaś propozycja się pojawi, jest od razu tępiona politycznie. W takich warunkach zwiększanie deficytu jest smutną koniecznością — kwituje.