Jeśli powyższy tytuł okazuje się na pierwszy rzut oka czytelnika kompletnie niezrozumiały czy błędny — to autorowi właśnie o to chodziło. Dokładnie tyle samo polskie społeczeństwo pojmuje z toczącego się od tygodnia absurdalnego sporu Prawa i Sprawiedliwości z Platformą Obywatelską — oraz mniejszymi sejmowymi partiami — o ratyfikację traktatu z Lizbony. A co się tyczy pernambuły, to jest to nowotwór słowny równoprawny filipinkom — według językoznawcy Przemysława Edgara Gosiewskiego, tak się nazywają gwałtowne, oskarżycielskie ataki słowne.
Porządek dzienny 10. posiedzenia Sejmu optymistycznie przewiduje na dokończenie drugiego czytania ustawy ratyfikacyjnej zaledwie pół godziny — wszak chodzi jedynie o standardowe skierowanie rządowego projektu do dalszych prac w komisji. Można jednak postawić każde pieniądze, że owo drugie czytanie potrwa znacznie dłużej, a zaczepne granaty filipinki — żeby już trzymać się klasyka — zostaną odbezpieczone już dzisiaj. Jednak wciąż będą to tylko harce — finalne starcie o Lizbonę, zakończone głosowaniem, odbędzie się w Sejmie dopiero po Wielkanocy, a jeszcze później w Senacie, jeśli ustawa w ogóle do niego dotrze.
Absurdalność sporu dodatkowo potęguje okoliczność, że pojęcia o jego przedmiocie nie ma nie tylko statystyczny Polak, lecz także większość posłów — no, poza członkami obu merytorycznych komisji (spraw zagranicznych oraz do spraw UE). Pal sześć preambułę, która nie tworzy jakiejkolwiek normy prawnej zarówno w ustawie, jak i w towarzyszącej uchwale. Ale klub PiS da się w ciemno pokrajać za wstawienie do ustawy dodatkowego artykułu z takim sformułowaniem: „mogą wyrazić zgodę na przyjęcie jakiegokolwiek projektu, który miałby na celu zmianę lub uchylenie decyzji, o której mowa w protokole w sprawie decyzji Rady odnoszącej się do wykonania artykułu 9c ustęp 4 traktatu o Unii Europejskiej i artykułu 205 ustęp 2 traktatu o funkcjonowaniu Unii Europejskiej w okresie między 1 listopada 2014 r. a 31 marca 2017 r. i od 1 kwietnia 2017 r., lub któregokolwiek z jej przepisów albo który miałby na celu pośrednią zmianę zakresu zastosowania lub znaczenia tej decyzjji przez zmianę innego aktu prawnego Unii Europejskiej…”
Niezależnie od niekonstytucyjności takiej propozycji, to prawny bełkot — nawet jak na standardy międzynarodowych umów, które nie są pisane ciepłym językiem miłości. Na dodatek traktat z Lizbony ma charakter rewizyjny, o konstrukcji ustawy nowelizującej traktaty poprzednie (zresztą już kilka razy zmieniane!) i okazuje się w zrozumieniu trudny do kwadratu. W tę potężną cegłę (dwuczęściowy druk sejmowy liczy 830 stron) wgryzałem się kilka godzin i mogę powiedzieć, że ledwie poznałem strukturę traktatu — do zrozumienia jego sensu trzeba poszczególne zapisy żmudnie nanosić na treść traktatów zmienianych.
Prezydent Lech Kaczyński, który konstytucyjnie jest organem jednoosobowo ratyfikującym traktat — na podstawie ustawy lub wyniku referendum — wczoraj podjął kolejną próbę skłonienia zwaśnionych stron do ratyfikacyjnego kompromisu. Wszystko jednak wskazuje, że wojna o traktat skończy się antagonistycznym głosowaniem Sejmu, a potem wrócimy do dzielącego Polskę referendum. Ech, pamiętam, że 13 grudnia w Lizbonie świeciło nam takie piękne słońce…
Jacek Zalewski