O ropociągu zdecyduje rachunek ekonomiczny

Jacek Zalewski
opublikowano: 2004-02-13 00:00

Schodzący ze sceny ukraiński prezydent Leonid Kuczma zobowiązał się w Warszawie do objęcia patronatem próby utworzenia konsorcjum, które zajęłoby się wskrzeszeniem inwestycji, nazywanej po ukraińsku Euroazjatyckim Korytarzem Transportowym Ropy, a po polsku rurociągiem naftowym Odessa–Brody–Płock.

Koncepcja importowania przez Ukrainę paliwa kaspijskiego służy dywersyfikacji źródeł jej zaopatrzenia i pierwotnie nie miała związku z jego dalszym przesyłaniem do Polski. Nasze zaś zaopatrzenie w ropę naftową częściowo zdywersyfikował już trzydzieści lat temu tow. Edward Gierek, postanawiając o budowie Portu Północnego i Rafinerii Gdańskiej. Oczywiście trzy polskie źródła są lepsze niż dwa, ale myślenie o tym trzecim musi być oparte na rachunku ekonomicznym.

Tymczasem pytania stawiane tranzytowemu ropociągowi z Ukrainy do dzisiaj nie uzyskały odpowiedzi. Jaki surowiec wchodziłby w grę — azerski czy może kazachski? Jakie są realne zasoby kaspijskiej ropy? Jeśli zaś chodzi o cenę jej zakupu na granicy ukraińsko-polskiej, to nie mogłaby ona być wyższa od ceny płaconej za ropę rosyjską na wejściu do Polski rurociągu Przyjaźń — a to wydaje się po prostu niemożliwe. Poza tym, aby całe przedsięwzięcie miało sens, trzeba byłoby znaleźć odbiorców co najmniej 25 mln ton kaspijskiej ropy rocznie. Dla samej Polski to dużo za dużo. Klientami teoretycznie mogłyby stać się inne państwa unijne, ale to melodia przyszłości.