Oby efekt stycznia nie był defektem

Kamil Zatoński
opublikowano: 2009-01-12 00:00

Bilans pierwszych czterech sesji roku zazwyczaj dobrze wyznaczał kierunek indeksom na cały rok, ale w tym roku nie ma nic pewnego

Dokładnie rok temu inwestorzy tracili ostatnie złudzenia, że tzw. efekt stycznia pozwoli zatrzymać przecenę, którą większość traktowała jeszcze jako korektę trendu wzrostowego. Szybko okazało się, że rację mieli pesymiści. Pierwszy miesiąc nowego roku giełda kończyła spadkiem WIG o blisko 15 proc. Było to najgorsze wejście od 13 lat. Na dodatek rozwój wypadków w kolejnych kwartałach potwierdził statystyczną zależność, zgodnie z którą kierunek, w którym podążyły indeksy na pierwszych czterech sesjach w roku, jest na GPW zazwyczaj zgodny z tendencją dla całego roku (patrz tabela).

W rok 2009 WIG wszedł z impetem, a sesje w miniony poniedziałek i wtorek zakończyły się łącznym wzrostem WIG o 6,2 proc. Tak jednak jak nagły był wybuch optymizmu, tak szybko również dobre nastroje wyparowały, bo nadzieje związane z planami przedstawianymi przez administrację prezydenta USA Baracka Obamy zastąpiły twarde fakty, w tym zwłaszcza dwa raporty z rynku pracy w Stanach Zjednoczonych. Dlatego już w środę indeksy na Wall Street zanurkowały, co zepchnęło w dół także ceny akcji na warszawskiej giełdzie i powstrzymało dynamiczne umocnienie złotego.

Jeśli nadal wierzyć w magię liczb, to "efekt czterech sesji" daje pozytywny sygnał dla posiadaczy akcji. W ubiegłą środę i czwartek WIG osunął się w sumie o 2,5 proc., co zredukowało noworoczne zyski do i tak całkiem przyzwoitych 3,6 proc. Tyle statystyki. Gdyby przeprowadzić porównanie z ubiegłym rokiem, to warto zauważyć, że nie zniknął żaden z negatywnych czynników, który wówczas wpływ na zachowanie inwestorów. Niektóre wręcz się spotęgowały. Dwanaście miesięcy temu dominowały obawy o skalę spadku tempa wzrostu gospodarczego za oceanem. Dziś wszystko wskazuje na to, że będzie dłuższa recesja. Przed rokiem przebąkiwano też o zagrożeniu recesją w Unii Europejskiej, dziś jest ona faktem w największych krajach wspólnoty.

W Polsce gracze przed rokiem z przerażeniem patrzyli na falę wycofywania pieniędzy z funduszy inwestujących w akcje. Dziś zmiana jest tylko pozorna, bo choć — według danych firmy Analizy Online — w listopadzie i grudniu saldo wpłat i umorzeń było dodatnie, to wynikało ono z przesunięć aktywów między towarzystwem ubezpieczeniowym a TFI z grupy Commercial Union.

W stosunku do ubiegłego roku istotna jest tylko jedna różnica. Rynek akcji jest dziś o wiele niżej niż przed rokiem. WIG na początku 2008 r. był wart około 55 tys. pkt. Dziś jest o około 50 proc. niżej. To argument na plus. Większość inwestorów może mieć już dość spadków. Trudno się spodziewać, że w tym roku giełda znów spadnie tak mocno jak w ubiegłym. Dynamika spadkowych sesji nie jest już tak znaczna, jak jeszcze kilka meisięcy temu. W piątek, choć WIG zjechał o około 2 proc., nad kreską sesję kończyło blisko sto walorów, wobec dwustu taniejących. Około 70 nie zmieniło wartości. Głównym zagrożeniem dla inwestorów jest to, że nadal nic nie wiemy, czy i jak twarde lądowanie czeka polską gospodarkę w tym roku.

Kamil

Zatoński