Odbicie od kluczowego oporu może kończyć hossę w USA

Piotr Kuczyński
opublikowano: 2004-03-22 00:00

Wojna w Iraku nie miala przynieść światu prosperity, tylko zapewnić bezpieczeństwo. Nie przyniosła ani jednego, ani drugiego.

Z Ameryki

Nie lubię robić podsumowań, ale aż się prosi, by rok po ataku na Irak takie zrobić. Na rynku akcji wszystko wygląda bardzo różowo. Indeks szerokiego rynku S&P 500 wzrósł o blisko 40 proc. Gospodarka ruszyła z kopyta, a PKB w USA rósł tak jak w krajach rozwijających się. To oczywiście nie jest zasługa wojny w Iraku, ale niezwykłego zasilenia rynku w pieniądz. Wojna miała przynieść zmniejszenie aktywności terrorystów i spadek cen ropy naftowej. Notowania ropy w chwili wybuchu wojny i tuż po niej spadły do 25 USD za baryłkę. Liczono na irackie wydobycie. Nie brano pod uwagę tego, że OPEC będzie walczył ze słabym dolarem i perspektywą zwiększenia produkcji przez Irak. Poza tym ożywienie gospodarcze na świecie, a szczególnie w Chinach, wywołało zwiększenie popytu na surowce. Przez ten rok ropa podrożał 50 proc. i zaczyna zagrażać rozwojowi gospodarki świata. Podobnie wygląda sytuacja z surowcami. Wojna w Iraku nie miała co prawda przynieść światu prosperity, tylko zapewnić bezpieczeństwo, ale nie przyniosła ani jednego, ani drugiego. Nie przyniosła też i długo nie przyniesie spokoju Irakowi, a o demokracji, która miała dać światu arabskiemu przykład, możemy zapomnieć.

Wróćmy do sytuacji na giełdach. Poniedziałkowa przecena, będąca ciągle konsekwencją ataku terrorystycznego w Madrycie, ustąpiła w środku tygodnia miejsca technicznemu odbiciu indeksów wspomaganym oczekiwaniem na ujęcie strategów Al Kaidy. Twierdzę, że ujęcie nawet samego bin Ladena nic nie zmieni. Ataki terrorystyczne nadal będą organizowane z tą samą częstotliwością. Liczenie na to, że unicestwienie ukrywających się gdzieś w górach i pozbawionych możliwości działania na globalną skalę ludzi odniesie jakiś skutek i zmieni historię to naiwność. Po prostu oscylatory techniczne były już tak wyprzedane, że odbicie musiało nastąpić. Od piątku rynek już wyprzedany nie był i indeksy mogły dalej spadać.

Sytuacja makro też nie wygląda najlepiej. W czasie ostatnich tygodni dane z rynku pracy były bardzo słabe, indeksy ISM zniżkowały, cena ropy i benzyny rosła (ropy do 13-letniego maksimum i to zdecydowanie nie jest koniec), a nastroje konsumentów pogarszały się. Zdecydowanie gorzej wyglądały też indeksy Fed z Nowego Jorku i Filadelfii, a inflacja w cenach producenta zaczęła mocniej rosnąć. W tym samym czasie Amerykanie wpłacali gotówkę do funduszy akcji, bo dzięki polityce Fed tylko tam mogą coś zarobić (ostatni tydzień przyniósł mały spadek, ale za wcześnie na tryumf niedźwiedzi), a zarządzający firmami nadal w pośpiechu sprzedawali akcje. Wszystko to w sytuacji, kiedy zaufanie do zarządów spółek pozostaje na bardzo niskim poziomie. Reuters Research podaje, że już w tym roku sześćdziesiąt spółek musiało ponownie podawać wyniki, albo tłumaczyć się z tego, co podały. W zeszłym tygodniu takimi niechlubnymi przykładami były Nortel i Veritas. Jeszcze dwa lata temu takie informacje wywoływały olbrzymie spadki indeksów. Co się zmieniło? Nic, ale Amerykanie przywykli do myśli o tym, że są oszukiwani i traktują to już jako normę.

W tym tygodniu w kalendarium nie ma wielkich wydarzeń. Z danych makro można wyróżnić zamówienia na dobra trwałego użytku, wydatki i przychody Amerykanów oraz ostateczny odczyt indeksu nastroju Uniwersytetu Michigan (ostatnie dwa raporty zostaną podane dopiero w piątek). Spory wpływ może mieć czwartkowa konferencją Nokii. Jednak ledwo skończyliśmy sezon wyników, a już trzeba się szykować na sezon wstępnych informacji o rezultatów pierwszego kwartału. Na razie te informacje są w olbrzymiej większości pozytywne. Słaby dolar i zwroty podatków dają stuprocentową pewność, że wyniki spółek będą dobre, a z pewnością o wiele lepsze niż rok temu, kiedy to świat szykował się do wojny z Irakiem.

Poza tym znowu ostatnio spadające rynkowe stopy procentowe też musiały pomagać zarówno firmom jak i konsumentom. Jest więc pewne na prawie sto procent (tylko atak terrorystyczny mógłby to zmienić), że przed tymi wynikami inwestorzy wygenerują zwyżkę indeksów. Uważam jednak, że przedtem powinniśmy jeszcze zobaczyć zniżkę w kierunku średniej 200-sesyjnej (okolica 1050 pkt na S&P 500). Wydaje się nieprawdopodobne, żeby dotknięcie tej średniej nie wywołało wzrostów. Jednak nie byłby to sygnał do kontynuacji hossy. To, że indeks szerokiego rynku zawrócił spod pięćdziesięcioprocentowego zniesienia całej bessy, może równie dobrze sygnalizować, że zakończyła się wzrostowa fala B korekty hossy z 2000 roku. Teraz rynku zanurzą się w brutalnej fali C.

Z Polski

I tutaj nie da się uniknąć tematu terroryzmu i polityki. Fundamentaliści pokazali, że są skuteczni i są w stanie uderzyć dokładnie w 2,5 roku po ataku na USA i na parę dni przed ważnymi wyborami w Hiszpanii. Głównym problemem jest jednak to, że mogą zostać zrealizowane cele, które sobie wyznaczyli. W Hiszpanii wygrali wybory socjaliści i nie bardzo wiedzą, jak wycofać się z głównego punktu swojego programu wyborczego. Zapewniali, że wojsko wróci z Iraku, a obietnic wyborczych trzeba dotrzymywać. Zakładam, że dojdzie do jakiegoś pośredniego rozwiązania. Przestraszone USA już mówią o zwiększeniu po 30 czerwca roli ONZ, a to dałoby pretekst Hiszpanom do czasowego przedłużenia pobytu w Iraku. Zmniejszyłoby to sukces terrorystów, ale jednak byłby to sukces, bo przecież bez tego ataku USA nawet przez chwilę nie pomyślałyby o zwiększeniu roli ONZ.

Ostatnie wydarzenia spowodowały, że odwaga staniała i nagle pojawia się wielu przeciwników tej wojny, albo takich, którzy usiłują rakiem się z jej poparcia wycofać. Mamy w Polsce taki przykład. Nawiasem mówiąc praźródłem tej klęski jest oczywiście decyzja USA o uderzeniu na Irak na postawie nieprawdziwych przesłanek i do tego na kraj, w którym terroryzmu nie było. Poza tym sama idea walki z fundamentalistami islamskimi za pomocą wojny z poszczególnymi krajami jest błędna. Terroryści to dziesiątki, setki małych komórek (umownie nazywanych Al Kaidą), a nie państwo, które można zdobyć. Trzeba zmieniać podejście do świata, a nie walczyć podbijając kraje, bo to tylko zwiększa terroryzm i nie pomaga gospodarce.

A z gospodarki na nasz rynek docierały dobre informacje. Mimo słabego złotego inflacja jest niska, ale jeśli inflacja będzie niska, to budżet będzie miał problemy. Doskonała była dynamika produkcji przemysłowej. Wzrost sprzedaży detalicznej w lutym był znowu bardzo wysoki. Można się jednak obawiać, że to nie jest wynik ożywienia gospodarki, a „konsumpcji zapobiegawczej” przed wejściem Polski do Unii Europejskiej – konsumenci boją się podwyżek cen. Z tego wynika, że handel i producenci będą mieli żniwa w pierwszym kwartale i w kwietniu, ale potem konsumenci mocno przystopują i zyski znacznie spadną. Pozytywem była również wstydliwie ukryta przez media informacja urzędu statystycznego Unii Europejskiej (Eurostatu), że dług publiczny Polski w 2003 roku wyniósł 45,4 proc. PKB. Oczywiście liczony metodą unijną.

Do znudzenia będę powtarzał: kryzysu nie ma, a do pierwszego poziomu ostrożnościowego (55 proc.) jest dużo miejsca. Były i minusy. Badany przez Ipsos wskaźnik optymizmu konsumentów spadł, a CBOS poinformował, że 75 proc. Polaków ocenia źle rozwój sytuacji w kraju. To wszystko stoi w jaskrawej sprzeczności z otrzymywanymi danymi makro i zapowiedziami ożywienia. Można zakładać z dużą pewnością, że takie pogorszenie nastrojów jest wynikiem sytuacji na rynku pracy (bezrobocie nadal jest większe niż 20 proc.) i sytuacji politycznej.

Właśnie sytuacja polityczna najbardziej zaszkodziła GPW. Tomasz Nałęcz chce rozmów z SLD o zmianie rządu, Sojusz może się rozpaść, Samoobrona niedługo zacznie wygrywać z Platformą. To wszystko nie nastraja pozytywnie, a prawdziwa walka na noże zacznie się w maju, po wejściu do Unii. Prawdopodobnie nie trzeba będzie nawet czekać na wybory do Parlamentu, by SLD się rozpadł albo nastąpiła zmiana rządu.

Co prawda politycy mówią o swoistym zawieszeniu broni do czasu wejścia do Unii, ale to dla rynku jeszcze gorzej — finanse nie lubią niepewności. W przypadku rozpadu SLD lub zmiany rządu losy planu Hausnera byłyby bardzo niepewne. Ci, którzy chcą zmiany rządu, doskonale zdają sobie sprawę, że to nieznacznie jedynie poprawi notowania. Potrzeby jest powrót do lewicowych idei, by odebrać elektorat „Samoobronie”. Rodzi się więc obawa, że plan naprawy finansów zostałby przyjęty, ale nie jest pewne czy w wersji możliwej do zaakceptowania przez rynki finansowe. Nie są to dobre warunki do inwestowania, ale warto zauważyć, że zagranica na razie się tym nie przejmuje – wystarczy spojrzeć na wzmacniającego się złotego.

Ostatnie sesje tygodnia były bardzo słabe, ale nie sposób oddzielić wpływu polityki od efektu wygasania marcowej serii kontraktów terminowych. Inwestorzy wiedzieli, że arbitraż będzie w tym okresie zamykał pozycje i cofali się, by tanio kupić akcje. Specyfika tego okresu pozostawia liczne znaki zapytania. Sygnały techniczne są jednak jednoznaczne. Przełamane linie trendu, podwójny szczyt na indeksie cenowym, zachowanie oscylatora CCI i wskaźnika Armsa to książkowe sygnały sprzedaży. Sytuacja w ujęciu teorii Elliotta jest niejednoznaczna, ale większe jest prawdopodobieństwo wystąpienia po korekcie przynajmniej jeszcze jednej podfali wzrostowej. Powinna się zacząć mniej więcej wtedy, kiedy w USA indeks S&P 500 zacznie rosnąć po odbiciu od średniej 200-sesyjnej.

Pamiętać trzeba jednak o tym, co od zawsze podkreślam — rynek jest w ostatniej, piątej fali wzrostów, a podział na podfale w tej fazie nie musi być książkowy. W tej sytuacji trzeba założyć, że przełamanie przez WIG linii trendu długoterminowego (21500 pkt) zakończy hossę, a pokonanie 23700 zapewni jej kontynuację.