Odskocznia w stajni

Małgorzata GrzegorczykMałgorzata Grzegorczyk
opublikowano: 2021-12-31 10:54

Chociaż pracy jej nie brakuje, Weronika Guerquin-Koryzma, partner w Baker McKenzie, stworzyła magiczne miejsce, w którym mieszka 21 koni, psy, koty i myszy. Poznajcie Stajnię Aleksandrów.

Po felietonie taty Maty, czyli Marcina Matczaka, każdy wie, że praca prawnika to harówka po 16 godzin dziennie. Czy jest czas na coś więcej? Weronika Guerquin-Koryzma, partner w Baker McKenzie i szefowa działu nieruchomości, to najlepszy dowód, że można być prawnikiem i mieć… drugą pracę.

— To nie praca, to przyjemność — podkreśla prawniczka.

Ta przyjemność to 21 koni w stajni, w tym pięć własnych.

— Są wśród nich koń, którego kupiłam dla siebie, a na którym córki zaczęły trenować, dwa kuce sportowe, na których córki jeżdżą i startują, kucyk, którego kupiłam dziewczynkom, jak były małe, i staruszek arab, prawie 30-letni, którego dostałam razem ze stajnią — mówi Weronika Guerquin-Koryzma.

Stajnia jak się patrzy:
Stajnia jak się patrzy:
W stajni Weroniki Guerquin-Koryzmy mieszka 21 koni, w tym pięć należących do niej.
Marek Wiśniewski

Rodzinny sport

Konia emeryta (żaden z niego emeryt, codziennie wychodzi na padok i jak trzeba, staje dęba) wiele lat temu kupiła jej ciocia, która dziś ma ponad 80 lat i mieszka w centrum Warszawy. To ona z mężem założyli w 1984 r. stajnię na skraju Warszawy, w otulinie Mazowieckiego Parku Krajobrazowego, a prawie 10 lat temu ciocia darowała prawniczce udział w posiadłości, gdy rodzina zaproponowała, żeby to Weronika kontynuowała rodzinną tradycję. Wybór nie był trudny, bo nastolatka jeździła z dziadkiem na pierwsze treningi jazdy konnej koło jeziorka Czerniakowskiego, a lekcje odpracowywała w stajni. Gdy ciocia z wujkiem stworzyli klub jeździecki, spędzała tam każdą wolną chwilę, a gdy miała 13 lat, przeszła do CWKS Legia w Starej Miłośnie. Zaczęła starty w zawodach ujeżdżeniowych w kraju, potem były mistrzostwa Polski, zawody międzynarodowe i mistrzostwa Europy. Przez cztery lata była członkiem kadry narodowej i dwukrotnie brała udział w mistrzostwach Europy juniorów. Jej największe sukcesy to dwukrotne mistrzostwo Polski juniorów w ujeżdżeniu.

Z pokolenia na pokolenie:
Z pokolenia na pokolenie:
Weronika Gurequin-Koryzma konie kocha od dzieciństwa. Stajnia w jej rodzinie jest od 1984 r. Miłość do nich przekazała córkom. Obie trenują i mają sportowe sukcesy.
Marek Wiśniewski

- Na studiach zaczęłam pracę w kancelarii i ograniczyłam jazdę. Nie tylko miałam więcej obowiązków, ale mój podstawowy koń odniósł kontuzję, z której nie mogłam go wyleczyć. Wysłałam go do kliniki w Niemczech, ale wrócił kulawy. Pomyślałam, że to sygnał i zrezygnowałam z jazdy sportowej. Nie chciałam też jeździć rekreacyjnie, jazda bez treningu nie sprawiała mi przyjemności. Dopiero kiedy przeprowadziliśmy się do Aleksandrowa, wróciłam do konnej jazdy – opowiada Weronika Guerquin-Koryzma.

Teraz jeździ tylko w weekendy i dni wolne.

- Latem, gdy dzień był długi, udawało mi się jeździć przed pracą, nawet codziennie. Ponieważ jednak ja pracuję, a dziewczynki chodzą do szkół w centrum, rano brakuje czasu. Wieczorami staram się uczestniczyć w treningach córek. Rzadko jeżdżę do lasu, choć mieszkamy tuż przy Mazowieckim Parku Krajobrazowym. Wciąż mnie ciągnie do prawdziwego treningu na czworoboku. Staram się, żeby mój koń robił postępy, żeby dziewczynki mogły na nim też startować. W luźniejsze dni, w niedziele, jedziemy we trzy w teren na godzinę-półtorej – opowiada Weronika Guerquin-Koryzma.

Czas na klub

Jej córki od małego wychowują się z końmi, które stały się ich życiem. Starsza jest kilkukrotną mistrzynią Polski i trenuje codziennie, młodsza trochę rzadziej, ale i tak mnóstwo czasu spędza w stajni na zabawie.

- Starsza córka zaczęła jeździć w wieku czterech lat. Później miała przerwę, a ja się bardzo pilnowałam, żeby jej nie pchać na siłę w jeździectwo, żeby nie realizować przez nią swoich pasji. Miała dwa lata wahania, ale gdy skończyła osiem lat, świadomie się zaangażowała, zaczęła spędzać coraz więcej czasu w stajni. Gdy miała 10 lat, jeździła codziennie na każdym koniu, na którym się dało. Szukałyśmy dla niej konia dobre pół roku i w 2019 r. kupiłam dla niej wspaniałego kuca o imieniu Druh Hroby Hron, na którym osiągnęła sukcesy w kategorii młodzików i zaczęła starty na arenie międzynarodowej w kategorii juniorów. W tym roku przekazała Druszka młodszej siostrze, która niedługo potem zajęła czwarte miejsce w mistrzostwach Polski młodzików w ujeżdżeniu, a później została wicemistrzynią Warszawy. Starsza córka od wiosny tego roku jeździ na nowym kucu. Wygrała na nim w 2021 r. Ogólnopolską Olimpiadę Młodzieży z fenomenalnymi wynikami, a następnie Halowe Mistrzostwo Polski w kategorii wiekowej juniorów i dostała zaproszenie do kadry narodowej. W 2022 r. ma kontynuować starty międzynarodowe i wziąć udział w mistrzostwach Europy juniorów w Strzegomiu – opowiada dumna matka.

Przez ostatnie lata stajnia wujostwa się zmieniła.

- Starałam się stworzyć dla moich dzieci, ich koleżanek i dzieci znajomych miejsce, w którym będą mogły wspólnie spędzać czas blisko natury i uprawiać sport. Jest teraz pełna infrastruktura, która pozwala na treningi przez cały rok. Dzieci jeżdżą wspólnie na zawody. Jak już wreszcie się zbiorę i zarejestruję klub, będzie się nazywać Stajnia Aleksandrów, tak już o niej od dawna mówimy. Na razie brakuje czasu na dopełnienie formalności, ale lada moment to nastąpi, bo dziewczynkom i innym dzieciom zależy bardzo na przynależności do klubu – opowiada właścicielka Stajni Aleksandrów.

Nie chce zostać prezeską, bo ma za dużo zadań.

- Jest wiele związanych z nami osób, które nas wspierają, w tym rodzice dzieci, które jeżdżą sportowo. Ponieważ jestem na miejscu i wszystko dzieje się pod moimi oknami, będę miała wystarczającą moc sprawczą – zapewnia prawniczka.

Dom leży 150 m od zabudowań stajennych. Właścicielka nie ma w planach rozbudowy stajni, choć kolejka chętnych, którzy chcieliby trzymać tu konie, się nie kończy. Ma pozostać kameralnie, tak jak teraz. Końmi, które codziennie wychodzą na padok, zajmują się pracownicy. Każdego dnia do stajni przyjeżdża kilkanaście osób, najwięcej w weekendy. Wieczorami jeździ się w hali lub na oświetlonym placu. Nie ma jazd rekreacyjnych dla osób z zewnątrz, do Stajni Aleksandrów przyjeżdżają znajomi. Są też dwaj trochę starsi właściciele, którzy w tym miejscu trzymają konie od powstania stajni. Konie się zmieniają, miłość panów do zwierząt i jazdy – nie. Jeden z nich często jeździ na spacery do lasu bryczką.

Dom ze stajnią
Dom ze stajnią
Weronika Guerquin-Koryzma planuje założenie klubu sportowego. Nie chce być prezeską, ale zamierza czuwać nad wszystkim z okien domu.
Marek Wiśniewski

Miłość w magicznym miejscu

W Stajni Aleksandrów wszyscy kochają zwierzęta. Niektóre bardziej od innych.

- Mam ogromny sentyment do nowego kuca starszej córki, traktuję go jak trzecie dziecko. Jest stosunkowo młody, ma dopiero sześć lat. Bardzo lubi ludzi. Mimikę ma trochę jak człowiek, trochę jak pies. Uwielbia, jak się z nim spędza czas, gdy się do niego podchodzi, stara się położyć głowę na ramieniu. Jest moim faworytem, ale nie mogę tego mówić głośno przy młodszej córce, bo będzie jej przykro – żartuje Weronika Guerquin-Koryzma.

Poza końmi w stajni mieszkają psy. Przybłąkały się i zostały, nie boją się koni, chodzą między nimi, a młodszy pomaga stajennemu wyprowadzać je na padok. Wróciły też koty, które zniknęły, gdy w stajni mieszkał pies, które je gonił. Pies odszedł, koty wróciły. Są ważne dla stajennego ekosystemu, bo łapią myszy.

- To miejsce jest magiczne. Wczoraj rano obserwowałyśmy z córką stado łosi. Pojawiają się sarny, jest mnóstwo dzików, w lecie na padokach pasą się zające, przylatuje mnóstwo niesamowitych ptaków – opowiada Weronika Guerquin-Koryzma.

Przyznaje, że to odskocznia od pracy w biurowcu. Od lutego 2021 r. jest szefową działu nieruchomości w Baker McKenzie, ma w zespole 12 osób i go rozbudowuje. Zajmuje się transakcjami nieruchomościowymi we wszystkich sektorach: biur, centrów handlowych, logistyki, hoteli. Pracuje dla deweloperów, banków, instytucji finansowych w Polsce i za granicą.

- Wolę nie mówić, jak dużo pracuję. Robię jednak wszystko, żeby nie wpływało to na dziewczynki. Staram się codziennie odbierać je ze szkoły, przerzucam się z pracą do domu, przychodzę popatrzeć, jak jeżdżą i wracam do domu kończyć moje zadania. Czasem wstaję bardzo wcześnie, żeby coś nadgonić zawodowo. Pracy jest dużo, ale wciąż mnie fascynuje. Poza tym bez niej nie byłabym tu, gdzie jestem – przyznaje właścicielka Stajni Aleksandrów.

Marzenie?

- Żeby starsza córka kiedyś pojechała na olimpiadę, bo o tym teraz marzy. Ale też żeby obie córki dobrze się czuły w naszym domu i chciały kontynuować to, co zaczęli ciocia i wujek. Żeby zawsze był tu ktoś, kto wkłada w to całe serce – mówi Weronika Guerquin-Koryzma.