Odwrót od reformy

Adam Sofuł
opublikowano: 16-01-2009, 00:00

Prawo i Sprawiedliwość w ramach walki z kryzysem przedstawiło pomysły na system emerytalny. Pomysł jest prosty — rozmontować system. Bo tak można potraktować propozycję, aby nowo zatrudnieni mieli możliwość wyboru, czy chcą uzyskiwać emerytury z ZUS czy z OFE. Na pozór danie możliwości wyboru jest kuszące, w praktyce jednak oznacza rozmontowanie stworzonego przed dekadą systemu. Bo obowiązek należenia do OFE — na dobre i złe — jest jednym z jej filarów. Pomińmy to, że mimo obowiązku przystąpienia do OFE na ZUS i tak jesteśmy skazani. Bo większość ze składek emerytalnych trafia jednak do ZUS, mniejsza cześć do funduszy emerytalnych. Prawdziwy wybór jest więc taki: albo ZUS, albo ZUS i OFE. Jeszcze dwa lata temu Prawo i Sprawiedliwość było sceptyczne wobec takich propozycji. Co się więc zmieniło? Kryzys.

Posłowie Prawa i Sprawiedliwości wyliczają, że fundusze emerytalne straciły w wyniku kryzysu 22 mld zł. Taka suma robi wrażenie i jest dla przyszłych emerytów dotkliwa, ale warto przypomnieć, że było co tracić. Od początku działalności notowania funduszy wzrosły o ponad sto procent. Wyniki inwestycyjne funduszy emerytalnych wprawdzie nie zachwycają, pobierane przezeń prowizje jeszcze mniej, ale trudno się oprzeć wrażeniu, że PiS proponuje lekarstwo gorsze od choroby. Zmiana sposobu liczenia minimalnej stopy zwrotu raczej nie spowoduje, że fundusze będą zarabiały szybciej i więcej. O wysokości prowizji można dyskutować (o powiązaniu z wynikami inwestycyjnymi tym bardziej), ale warto przy tym pamiętać, że ich wpływ na wysokość przyszłego świadczenia nie jest zbyt duży. Przeświadczenie, że jak obetniemy chciwym kapitalistom z OFE prowizję o połowę, a nawet o osiemdziesiąt procent, to wtedy dopiero będziemy mieli wysoką emeryturę jest iluzją. Równie groźną jak niegdysiejsze reklamówki funduszy obiecujące emerytury pod palmami.

Funduszom emerytalnym przydałyby się zmiany. Niektóre z nich nawet zostały zaplanowane przed dekadą — np. wprowadzenie tzw. funduszy typu B. inwestujących mniej agresywnie, których zadaniem byłoby chronić oszczędności w okresie poprzedzającym emeryturę (ich przydatności dowodzi obecny krach finansowy). Zamiast tego politycy chcieliby nieomal prawnie zobowiązać fundusze do zarabiania. Może iść kroczek dalej i przymusić do zarabiania nieobowiązkowe fundusze inwestycyjne. I zmusić banki, żeby dawały wyższe lokaty i tańsze kredyty. Dość żartów — fundusze emerytalne przy wszystkich swoich wadach (a jest ich niemało) są instytucjami, które dają wprawdzie szanse, że zainwestowane pieniądze przynoszą większy zysk niż z ZUS-owskich waloryzacji (i na razie to się chyba mimo wszystko udaje), ale gwarancji nie ma.

Systemowi emerytalnemu przydałyby się zmiany. Nieco więcej różnorodności (co pewnie skomplikowałoby system), nieco więcej konkurencji. Politycy najczęściej jednak proponują lekarstwo gorsze od choroby. I nie inaczej jest tym razem.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Adam Sofuł

Polecane