W minionym tygodniu z ciekawością obserwowałem zachowanie się polskiego rynku kapitałowego, w szczególności jego reakcję na zachowanie się rynków zachodnich.
Gdybym inwestował na rynku np. niemieckim lub też amerykańskim i nawet nie wiedział o istnieniu warszawskiego parkietu, to nie ukrywam, byłbym zachwycony. Możliwości do zarobku intraday było mnóstwo, indeksy zmieniały się dziennie o 4-6 proc. Był to istny raj dla kontraktowców i graczy krótkoterminowych.
Przypatrzmy się z kolei bliżej temu, co dzieje się na naszym podwórku. A tu niestety dominuje marazm. Gdy rynki (np. niemiecki) spadały po 5-6 proc., my łaskawie osunęliśmy się o około 1 proc. Na pierwszy rzut oka mogłoby się wydawać, że mamy nadzwyczaj silny rynek. Niestety tak nie jest, a przyczyną takiej pozornej siły rynku są niestety fundusze emerytalne. Dlaczego? Niestety dlatego, że zarządzający, pod ogromną presją wyniku i poprawy bieżącej wyceny jednostek rozrachunkowych, bawią się akcjami za nasze pieniądze. Wystarczy spojrzeć, jak pojedynczymi transakcjami trzyma się kursy akcji czterech lub pięciu największych spółek (TP SA, Pekao, PKN Orlen, KGHM, Prokomu i może jeszcze kilku banków). Nasz rynek jest tak płytki, że naprawdę nie trzeba dysponować ogromnymi środkami, aby decydować o bieżącej wycenie akcji. Zastanawiam się, czy uczestniczy w tej zabawie również zarządzający moim funduszem emerytalnym. Podejrzewam, że niestety tak…
Cała sytuacja nie byłaby zła, gdyby nasz rynek na wzrosty za granicą odpowiadał również wzrostami. Oczywiście tak nie jest. Wydaje mi się, że inwestorzy indywidualni zauważyli, że OFE zmęczone ciągłym podtrzymywaniem spadających kursów nie mają już siły na uczestniczenie w spekulacyjnych wzrostach. W związku z tym, sami też nie mają ochoty na kreowanie silniejszego trendu.
Nie spadamy, bo OFE rozpaczliwie trzymają ceny i nie rośniemy, bo nikt nie ma na to ani ochoty, ani pieniędzy. Nasz rynek raz na jakiś czas wpada w kilkusesyjny trend boczny, na bardzo małych obrotach i niezwykle ciężko jest wyrwać go z zapaści. Z wielkim niepokojem obserwuję, że takie mini-trendy, niezależnie od sytuacji za granicą, zdarzają się coraz częściej i są coraz dłuższe.