OFE nieprędko zaczną konkurować

  • Jagoda Fryc
opublikowano: 20-06-2012, 00:00

O potrzebie zmotywowania zarządzających funduszy emerytalnych do lepszych wyników mówią od lat wszyscy uczestnicy rynku, ale wygląda na to, że na konkrety trzeba będzie długo poczekać

Ludwik Sobolewski, prezes warszawskiej giełdy, na zorganizowanej przez Stowarzyszenie Inwestorów Indywidualnych Konferencji Wall Street w Zakopanem zapowiedział, że wyjdzie z inicjatywą zmiany sposobu obliczania minimalnej stopy zwrotu, wymaganej od funduszy emerytalnych. Mówił, że zarządzający OFE bardziej skupiają się na tym, by nie odstawać od konkurencji, niż na tym, by jak najwięcej zarobić dla przyszłych emerytów. Wszystko przez to, że tzw. benchmark, czyli stopa odniesienia wyników inwestycyjnych funduszy, skonstruowany jest tak, że powoduje naśladownictwo, a dodatkowo system wynagradzania towarzystw emerytalnych nie tworzy wystarczająco silnych bodźców do efektywnego zarządzania aktywami. Choć dyskusja o zmianach odżywa co jakiś czas, sprawy nie nabierają tempa. Wygląda na to, że prezes Ludwik Sobolewski też go nie podyktuje, bo w rozmowie z „PB” nie był już tak stanowczy jak w Zakopanem i stwierdził, że „byłoby dobrze, aby wśród samych funduszy pojawiło się dążenie do tego, żeby się zreformować”.

— Jeśli takie dążenie się nie pojawi, w interesie gospodarki leży przeprowadzenie takiej reformy bez inicjatywy oddolnej — dodaje Ludwik Sobolewski. Niestety, wygląda na to, że również inni uczestnicy rynku też nie palą się do szybkich działań, choć zgadzają się, że zmiany są konieczne.

— Nowe, rosnące limity inwestycyjne na akcje, które obowiązują od roku [obecnie 45 proc. portfela, wzrost o 2,5 pkt proc. rocznie — przyp. red.], wymuszą konieczność dostosowania regulacji w zakresie minimalnej wymaganej stopy zwrotu. Dodatkowo jest powszechna zgoda, że model oparty na benchmarku wewnętrznym przyczynia się do wzajemnego naśladownictwa polityk inwestycyjnych OFE, co ogranicza konkurencję między funduszami — tłumaczy Łukasz Dajnowicz, rzecznik KNF.

— Porównywanie się jednego funduszu do drugiego jest złe. Zmiany w funkcjonowaniu OFE są konieczne, niestety ich przeprowadzenie zależy od rządu, a ten ma w tym momencie inne priorytety — mówi Ewa Lewicka-Banaszak, prezes IGTE.

Projekt w szufladzie

Prace nad zmianą funkcjonowania funduszy emerytalnych trwają od lat. Już w 2010 r. Michał Boni, ówczesny szef doradców premiera, przedstawił projekt reformy OFE, który zakładał wprowadzenie subfunduszy o różnym profilu ryzyka, zwiększenie konkurencji między funduszami poprzez wprowadzenie zewnętrznego benchmarku i powiązanie opłat za zarządzanie z wynikami. Niestety projekt ten trafił do szuflady, a premier Donald Tusk przystał wówczas na pomysł Jolanty Fedak, minister pracy i polityki społecznej, który w konsekwencji doprowadził do obniżenia składki trafiającej do OFE z 7,3 proc. do 2,3 proc. wynagrodzenia brutto. To nie rozwiązało problemów, ale wręcz je zaostrzyło. Pokłosiem reformy jest bowiem jeszcze większe ograniczenie możliwości inwestycyjnych i mniejsza aktywność funduszy na giełdzie, co skutkuje obniżeniem płynności na rynku kapitałowym. Komisja Nadzoru Finansowego nie daje jednak za wygraną, ale też nie przyspiesza prac na tyle, by ich efektów można było się rychło spodziewać.

— Wspólnie z Ministerstwem Pracy i Polityki Społecznej, Ministerstwem Finansów, ZUS i NBP prowadzimy wstępne prace analityczne, na poziomie eksperckim, m.in. nad benchmarkiem. Nic nie jest przesądzone, w dyskusji padają różne propozycje. Wyniki analiz mogą być przydatne w przypadku ewentualnego podjęcia decyzji o rozpoczęciu prac regulacyjnych nad zwiększeniem efektywności OFE — mówi Łukasz Dajnowicz.

WIG najlepszy, ale…

Dotychczasowa propozycja KNF polegała na zastąpieniu benchmarku wewnętrznego benchmarkiem zewnętrznym, który miałby się składać z indeksów akcji i obligacji, ale także inflacji. Do jego wyliczenia brana byłaby pod uwagę albo 5-letnia stopa zwrotu indeksu akcji albo 5-letnia inflacja, w zależności od tego, która z nich jest większa. Pomysł ten został jednak szeroko skrytykowany. Jak więc powinien być skonstruowany optymalny benchmark dla OFE? Zapytaliśmy o to zarówno samych zainteresowanych, jak i zarządzających funduszami inwestycyjnymi. Propozycji jest wiele.

Zdaniem Ludmiły Falak-Cyniak, członka zarządu Skarbiec TFI, benchmark powinien być punktem odniesienia dla zarządzającego, jakiego poziomu ryzyka oczekują od niego uczestnicy. Przyszli emeryci mają różny horyzont inwestycyjny, dlatego powinni inwestować oszczędności w instrumenty o różnym poziomie ryzyka, a więc ich fundusze powinny mieć różne benchmarki. Oznacza to również, że pomysł wprowadzenia kliku subfunduszy byłby uzasadniony.

— Mix pomiędzy częścią dłużną a akcyjną powinien zależeć od profilu ryzyka odpowiednich grup klientów. Ze względu na specyfikę OFE wydaje mi się, że benchmarkiem dla części akcyjnej powinien być po prostu w 90 proc. polski indeks WIG oraz w 10 proc. np. indeks MSCI All country, przy jednoczesnym dopuszczeniu inwestowania np. 15 proc. portfela za granicą — uważa Ludmiła Falak-Cyniak.

Podobnego zdania jest również Sebastian Buczek, prezes Quercus TFI, który uważa, że WIG to najbardziej wymagający z naszych indeksów, najszerszy, obejmujący cały rynek.

— Co do części dłużnej, to benchmarkiem powinien być indeks opisujący zachowanie polskich obligacji skarbowych. Część zagraniczna powinna być traktowana jak off-benchmark, czyli jako świadome zakłady zarządzających, że ich zagraniczne inwestycje okażą się skuteczniejsze od WIG (w przypadku akcji) i polskiego benchmarku dłużnego (w przypadku obligacji) — sugeruje Sebastian Buczek. Ewa Lewicka-Banaszak, prezes IGTE, zwraca uwagę na to, że nie we wszystkie spółki z GPW OFE zainwestują.

— Dlatego proponowaliśmy, aby dla części akcyjnej stworzyć nowy benchmark — WIG97, obejmujący spółki, w których OFE będą lokować aktywa — dodaje Ewa Lewicka-Banaszak. Natomiast Grzegorz Zubrzycki, wiceprezes PTE Allianz Polska, proponuje dwie konstrukcje benchmarków. Pierwszy zbudowany w 60 proc. z akcji i 40 proc. z długu skarbowego, oraz drugi, który składałby się w 40 proc. z akcji i 60 proc. z obligacji korporacyjnych.

— Każdy benchmark jest konstrukcją, która w sposób syntetyczny prezentuje przyjętą strategię inwestycyjną. Tak więc sama konstrukcja benchmarku jest decyzją inwestycyjną, dlatego trudno rozstrzygnąć, który z nich należałoby uznać za lepszy — argumentuje Grzegorz Zubrzycki.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Jagoda Fryc

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu