Do informacji zawartych w ogłoszeniach sprzedaży nieruchomości należy podchodzić z dużym dystansem, przynajmniej dopóki na własne oczy nie zobaczy się ogłaszanego domu czy mieszkania — radzą analitycy.

— Aby przyciągnąć klientów, sprzedający bardzo często ubarwiają rzeczywistość, pomijają niekorzystne informacje, eksponując te ciekawe z marketingowego punktu widzenia. Normą stało się już, że publikowane przez deweloperów wizualizacje inwestycji nie odpowiadają ich wykonaniu. Podobnie jest z ogłoszeniami prywatnymi czy też biur nieruchomości, gdzie zamieszczone zdjęcia zaklinają rzeczywistość — opowiada Tomasz Błeszyński, doradca na rynku nieruchomości.
Błędne wyobrażenia
Według Marcina Jańczuka, dyrektora ds. PR Metrohouse Franchise, oferty sprzedaży nieruchomości nieco przypominają te z komisów samochodowych. — W opisie wszystko wydaje się piękne, a rzeczywistość nijak się ma do słowa pisanego. Podstawowym problemem jest koloryzowanie stanu faktycznego i ukrywanie mankamentów. Dobra rada — patrzmy na opisy z dystansem. Nie przyjmujmy bezkrytycznie każdej informacji o osiedlu „tonącym w zieleni”. Może się okazać, że chodzi o mały skwer położony 500 metrów dalej — radzi Marcin Jańczuk.
Utrudnieniem dla nabywców mieszkań jest też nadużywanie przez sprzedających słowa „apartament”.
— Wprawdzie nie ma jednoznacznej definicji tego pojęcia, jednak trudno nazwać apartamentem dwupokojowe mieszkanie o powierzchni 50 mkw. położone na obrzeżach miasta. Ale kupujący potrafią odsiać ziarno od plew i sztuczne zawyżanie standardu mieszkania lub prestiżu okolicy zwykle kończy się porażką.
Tak samo zresztą jak zbyt wysokie oczekiwania co do wartości nieruchomości. Sprzedający często spoglądają na ogłoszenia i wystawiając mieszkanie, starają się — bez względu na jego rzeczywistą wartość — umieścić je w górnych widełkach cenowych — mówi Marcin Krasoń, analityk rynku nieruchomości Home Broker.
Z każdej strony
Zainteresowanym zakupem własnego M eksperci radzą dokładnie obejrzeć nie tylko lokal, ale cały obiekt z każdej strony. — Warto sprawdzić historię remontów budynku i zorientować się, jak wygląda np. izolacja termiczna ścian lub dachu. Trzeba również zweryfikować okolicę i to także pod kątem przyszłości. Warto ocenić, czy adres z biegiem czasu będzie zyskiwał, czy tracił atrakcyjność. Jeśli w okolicy planowana jest linia metra — to dobrze. Jeśli jednak gmina ma w planie budowę niedaleko wysypiska śmieci — to już nie jest dobra wiadomość — tłumaczy Marcin Krasoń. Radzi przyjrzeć się planowi zagospodarowania przestrzennego (dostępny w urzędzie gminy), poszperać w internecie i podpytać mieszkańców. — Analiza wybranych ofert powinna być jak najbardziej obiektywna. Warto zrobić listę wad i zalet poszczególnych lokali.
Na chłodno ocenić, które z wypisanych wad są dla nas ważne, a przy których jesteśmy skłonni do kompromisu. Trzeba jednocześnie pamiętać, że ściany można przemalować, a kuchnię czy łazienkę przerobić, jednak trajektorii lądowania samolotówna pobliskim lotnisku zmienić się nie da. Podobnie jak nie pozbędziemy się położonego w sąsiedztwie stadionu sportowego czy ramp dla dostaw do hipermarketu, pod który TIR-y podjeżdżają każdego dnia o 5 rano — ostrzega Marcin Krasoń.