Off-road po Paryżu

Agnieszka Rodowicz
27-06-2011, 00:00

Gdzie zjeść pizzę z humusem, wypożyczyć rower za mniej niż 2 euro dziennie, sprawdzić jak mieszkał Le Corbusier, czyli subiektywny przewodnik po innym Paryżu.

W Mieście Światła jest wiele miejsc, które trzeba zobaczyć: Luwr, Wieżę Eiffla, Champs Elysées, Dzielnicę Łacińską, Notre Dame, Bazylikę Sacre Coeur, Montmartre… Długo by wymieniać. To miasto niezbyt duże, jeśli o powierzchnię chodzi, ale bardzo gęste, intensywne. Łatwo się tym zmęczyć i osiąść na laurach. Czyli zadowolić się turystycznym standardem. A to przecież dopiero początek przygody z Paryżem. Warto odkryć miasto, którym naprawdę żyją jego mieszkańcy. Dlatego przy kolejnej wizycie lepiej zostawić innym turystyczne hity i pójść nieoznakowanym szlakiem.

Kanał zamiast autostrady

Bateaux Mouches pływające z turystami po Sekwanie to obowiązkowy punkt programu. Ale dużo przyjemniejszy (bo kameralny) jest rejs po wybudowanym z rozkazu Napoleona Bonapartego w latach 1821-25 kanale St. Martin. Dawniej było to źródło wody pitnej i rojny szlak handlowy. Kiedy w latach 60. XX w. ruch na kanale osłabł, były pomysły przekształcenia 4,5-kilometrowego zbiornika w drogę szybkiego ruchu. Na szczęście tak się nie stało. Dzisiaj kanał, przecięty łukowatymi mostkami, otoczony wysokimi drzewami jadalnych kasztanów, jest miejscem relaksu i ucieczki od gwaru miasta.

Pływają tu nieduże promy wycieczkowe. Część trasy wiedzie pod bulwarem Richard-Lenoir. Ciemności rozjaśnia spektakl świetlny zaprojektowany przez japońską artystkę Kéiichi Tahara. Na całej trasie jest dziewięć śluz, które niwelują 26 metrów różnicy w poziomie wód. Z tego powodu rejs trwa dłużej (około 2 godz.) niż ten po Sekwanie.

W weekendy i podczas świąt na nabrzeżach kanału organizuje się koncerty. Paryżanie rozkładają się wtedy na trawnikach, polegują, pijąc wino i słuchając muzyki. Kiedy jest chłodniej, buszują w otaczających kanał uliczkach, gdzie ulokowały się ciekawe sklepy i knajpki. Jedną z moich ulubionych jest pizzeria Pink Flamingo. Pizze mają tu nietypowe składniki (np. humus, curry, oberżyny) i nazwy (Basquiat, Ghandi, Bjork). Właściciele, dbając o środowisko, dowożą zamówione telefonicznie dania na rowerze. A jeśli klient ma ochotę zjeść pizzę nad kanałem, wraz z paragonem dostaje różowy balonik wypełniony helem. Dzięki niemu kelner zorientuje się, komu wręczyć zamówione danie. Choć może to nie być takie proste, bo w dni wolne od pracy nad kanałem widać całe stada różowych jak flamingi baloników.

Wieczorem w wodach kanału odbijają się światła kolorowych neonów. To dobra pora, by odwiedzić Point Ephemere. Klub urządzono w hangarach tuż nad wodą, w pobliżu bazy straży pożarnej. Co jakiś czas obok wejścia do klubu przejeżdża czerwony samochód paryskich strażaków. W klubie jest restauracja z prostymi, dobrymi daniami, ale przychodzi się tu głównie dla koncertów, przedstawień i warsztatów.

Tropem brzucha

Paryżanie mają coś, czego bardzo im zazdroszczę: Velib. To system rowerów, które można wypożyczyć w wielu punktach miasta. Rejestracja na jeden dzień kosztuje 1,7 euro, wypożyczenie roweru na pół godziny — 1 euro, na następne 2 euro, każde kolejne 4 euro. Ale pierwsze 30 minut jest bezpłatne. Dlatego paryżanie (i wtajemniczeni turyści) stosują system jazdy w odcinkach po pół godziny. Zanim upłynie ten czas, trzeba wpiąć rower, odczekać 5 minut i znowu można jechać pół godziny bezpłatnie. Akcja miała zachęcić mieszkańców Paryża do porzucenia samochodów i trzeba przyznać, że się udała. Ludzie wyrywają sobie veliby z rąk.

Udało mi się zdobyć jeden, więc pedałuję odwiedzić bardziej rozrzucone punkty na mojej off-trasie. Zaczynam od śniadania w Rose Bakery. Ta z angielska brzmiąca nazwa kryje minipiekarnio-restaurację z potrawami z bioskładników. Dania są inspirowane kuchnią brytyjską i międzynarodową. Mimo wczesnej pory w knajpce pełno. Zjadam słone ciastko z warzywami, sałatkę z soczewicy i jadę dalej. Do Palais de Tokyo — centrum sztuki współczesnej. Oprócz świetnych wystaw są tu pyszne soki (wybieram z marchwi i imbiru) w barze Tokyo Eat i niezłe jedzenie w restauracji z ciekawym futurystyczno-organicznym wystrojem.

Świetna jest też księgarnia Palais de Tokyo i sklep BlackBlock. Znaleźć tu można dzieła młodych artystów i dizajnerów z Europy i Japonii. Ubrania, elementy wyposażenia domu, plakaty, płyty z muzyką wyeksponowano w wielkich przeszklonych lodówkach. Ich widok znowu przypomina mi, jaką przygodą jest w Paryżu jedzenie. Takie na przykład La Grande Epicerie — największe delikatesy miasta. Są dość drogie, ale już oglądanie produktów jest atrakcją. Sklep szczyci się dużym wyborem przysmaków z Francji i innych stron świata. Wącham sery, oglądam wielkie różowe krewetki, egzotyczne chutneye, tarty, sałatki, wina, napoje, słodycze i robię się coraz bardziej głodna.

Jadę do Cojean. Samoobsługowy lokal jest urządzony w eleganckim, choć prostym stylu, dania podaje się w plastikowych pojemnikach. Ale jedzenie znakomite. Połączenie kantyny z elegancką restauracją bardzo mi się podoba. Tym bardziej, że potrawy są odkrywcze i świetne. Próbuję pęczaku z cukinią i serem kozim oraz tarty z tuńczykiem i pomidorami. Wszystko przygotowane z surowców eko. W Cojean zawsze jest tłoczno. Bo nie dość, że karmią dobrze, to jak na paryskie warunki tanio.

Pozostając w tematach kulinarnych, zaglądam jeszcze do Nolan’s and Sugar. W skromnym wnętrzu stoją rzędy słodkości: konfitura mleczna z Normandii, dżemy z Prowansji, cukierki z Bretonii i wiele innych tradycyjnych przetworów z każdego regionu Francji. Wszystko na słodko.

Coś dla ducha

Le Corbusier, choć Szwajcar, spędził we Francji dużą część życia. W Paryżu zostawił wiele śladów swojej pracy. Ruszam jego tropem. Najpierw na ulicę Mallet-Stevens. Stoi tu kilkupiętrowy dom jednorodzinny. Starsza pani na spacerze z psem przygląda się, jak robię zdjęcia modernistycznemu budynkowi.

— Wszyscy go fotografują — mówi głośno. Wyraźnie do mnie. Podejmuję rozmowę.

— A on jest straszny — mówi dalej starsza pani.

— Pani się podoba?

Potwierdzam.

— Ale przecież on jest okropny! Ma zaburzone proporcje, okna w zupełnie nieoczekiwanych miej- scach. Nie, nie, nie! — podsumowuje dzieło wizjonera i odchodzi, kręcąc głową.

Ja jestem wielbicielką oszczędnego stylu Le Corbusiera. Dlatego nie mogę sobie odmówić przyjemności obejrzenia Pavillon Suisse w miasteczku uniwersyteckim. Mieści, podobnie jak w 1932 r., gdy go oddano do użytku, bursę studencką. Wędruję przez kolejne niskie betonowe piętra. Na każdym jest ogólnodostępna kuchnia. W jednej spotykam Michelle ze Szwajcarii. Siedzi w kuchni z koleżanką. Oprócz nich więcej osób by się już nie zmieś-ciło. Kwadratowe pomieszczenie ma kilka metrów. Ale jest w nim wszystko, co potrzebne: zlew, lodówka, kuchenka, szafki, stół, krzesła. Pokoje studentów mają 3 x 3 m. Są w nich tylko niezbędne sprzęty: szafa, łóżko, stół do pracy, krzesło. Jak Michelle ocenia dzieło swego rodaka? Mieszkanie w takiej klitce zupełnie jej nie przeszkadza. Nawet to, że w pokoju nie ma wanny.

— Mamy wanny w korytarzu i to wystarcza. Z kuchniami jest problem. Na każdym z czterech pięter jest tylko jedna i trochę to za mało na 48 studentów — mówi Michelle.

Podobnych, oszczędnych w formie i treści budynków jest w Paryżu jeszcze kilka. Oglądam dom malarza Amédée Ozenfanta, wille przy Allée des Pins, zdewastowaną Barkę Armii Zbawienia — wciąż działające schronisko dla bezdomnych tej samej instytucji, Maison du Brésil, Kamienicę Monitor, mieszczącą mieszkanie-pracownię Le Corbusiera. Jest sporo większe niż studenckie pokoje, ale poddane podobnemu rygorowi ascezy i symetrii. Mieszkanie-muzeum jest jednocześnie siedzibą Fundacji Le Corbusiera, która organizuje zwiedzanie podparyskich willi projektu Szwajcara. Skorzystam następnym razem.

Agnieszka Rodowicz

Foto: Autorka

Dobre adresy

La Grande Epicerie de Paris, 38 rue de Sevres, www.lagrandeepicerie.fr

Pink Flamingo, Rue Bichat 67, www.pinkflamingopizza.com

Cojean, 3 place du Louvre, www.cojean.fr

Rose Bakery, 46 rue des Martyres

Nolan’s Sugar, 15 rue Hippolyte Lebas

Point Épéhmere, 200 Quai de Valmy, www.pointephemere.org

Kanał St Martin: www.pariscanal.com, www.canauxrama.com

Velib: www.velib.paris.fr. Do rejestracji potrzebna jest karta kredytowa z chipem, trzeba tylko uważać przy wpinaniu roweru do elektronicznej bramki, żeby odnotowała jego zwrot, jeśli tego nie zrobi, karta zostanie obciążona kwotą 150 euro.

Przelot: Ostatnio najkorzystniejsze oferty ma Air France; bilety od 600 zł, lot trwa około 2 godz.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Agnieszka Rodowicz

Najważniejsze dzisiaj

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Po godzinach / Off-road po Paryżu