Ojczyzna Draculi

Wojciech Chmielarz
30-05-2008, 00:00

Transylwania żyje z legendy

RUMUNIA: Sibiu, Sigisuara, Braszow, czyli dlaczego Dracula nie powinien zadzierać ze small businessem.

Transylwania żyje z legendy

księcia Draculi, chociaż pierwowzór wampira Vlad Tepes rządził Wołoszczyzną, krainą na południe od Karpat.

Żeby się przekonać o randze handlowej Draculi (Vlada III Tepesa-Palownika), wystarczy przejść się średniowiecznymi ulicami Sigisuary, gdzie książę się urodził (dom, w którym przyszedł na świat, można zwiedzać) i gdzie w każdym sklepiku sprzedawcy próbują wcisnąć turystom obrazy lub koszulki z podobizną księcia, a w knajpach pija się wino marki Dracula (oczywiście czerwone). Można też przejechać się do miejscowości Bran, gdzie mieści się tzw. zamek Draculi. Ściągają tam wycieczki z całego świata, nic sobie nie robiąc z tego, że historyczny pierwowzór literackiego wampira nigdy miasteczka nie odwiedził. Dlaczego więc powszechnie kojarzony jest z Transylwanią?

Królewski ojciec

Szukanie odpowiedzi na to pytanie warto zacząć od Alba Julii. Miasto słynie ze wspaniałej XVIII-wiecznej twierdzy oraz katedry św. Michała, w której pochowany jest m.in. Jan Hunyady, bohater walk z Turkami. Brał udział w bitwie pod Warną u boku młodziutkiego króla Polski Władysława Warneńczyka. Polski monarcha miał też wsparcie ojca Vlada Palownika, Vlada Draculi, który podarował Władysławowi dwa konie i najlepszych rycerzy.

— Gdyby przyszło na was jakieś nieszczęście, powierzcie życie swoje tym ludziom i tym rumakom, którzy wam pozwolą powrócić całym i zdrowym — powiedział wołoski książę.

Niestety, młody król nie posłuchał rady roztropnego Draculi i znalazł swój koniec w nadmorskiej Warnie. Jedyna z tego pociecha jest taka, że Bułgarzy do dziś mają o Polakach jak najlepsze zdanie.

Grób Jana Hunyady obwieszony jest kwiatami oraz węgierskimi i rumuńskimi flagami. Oba kraje prowadzą ostrą „politykę historyczną”. Jej przejawem jest próba zagarnięcia legendy średniowiecznego rycerza dla siebie. Jan był w XV-wiecznej Europie jedynym, który z sukcesami walczył z Turkami. Dzięki jego zwycięstwom jego syn Maciej Korwin zasiadł na tronie Węgier. I to Maciej zniszczył księcia Tepesa. A wszystko przez koronę św. Stefana.

Saskie bogactwo

Wołoszczyzna w XV wieku była państwem, które znajdowało się między młotem a kowadłem. Z jednej strony Turcja, przed której potęgą drżała Europa, z drugiej silne królestwo węgierskie. Raz po raz albo Turcy, albo Węgrzy sadzali na wołoskim tronie swojego kandydata. Vlad Palownik najpierw był „człowiekiem tureckim”, ale potem zmienił orientację i na tronie zasiadł jako sojusznik i lennik Węgier.

Po drugiej stronie Karpat znajdowała się Transylwania. Kraina zamieszkana przez sprowadzonych z Niemiec Sasów, którzy zmonopolizowali handel z Orientem. Do dziś, kiedy zwiedza się przepiękny Braszow, Sigisuarę, której stare miasto otoczone murami wygląda tak samo jak kilkaset lat temu, czy zwane rumuńskim Krakowem Sibiu trudno nie zadziwić się bogactwem dawnej Transylwanii. Z tego rejonu kraju płynęło dwie trzecie podatku zbieranego w królestwie węgierskim. Był tylko jeden problem — szlaki handlowe wiodły przez Wołoszczyznę. A w tym kraju władał Vlad Tepes.

Korona niezgody

Właśnie nieporozumienia na tle handlowym sprawiły, że Vlad zdecydował się zaatakować saskie miasta. Spalił i zrabował, co się dało. Wysłał w ten sposób Sasom wiadomość, że od tej pory także Wołoszczyzna musi czerpać korzyści z handlu z Orientem.

Tymczasem królestwo Węgier przeżywało kryzys. O koronę biło się dwóch pretendentów: Maciej Korwin i Fryderyk III Habsburg. Pierwszy miał za sobą kraj i jego ludność. Drugi — koronę świętego Stefana. Ten niezwykły przedmiot znajduje się obecnie w gmachu parlamentu w Budapeszcie. Korona była symbolem władzy królewskiej na Węgrzech. Jej ucieleśnieniem, dowodem ciągłości i chwały. Wielokrotnie ukrywana, kradziona, zawsze odnajdywała drogę, żeby znaleźć się na właściwej głowie. Maciej Korwin musiał dostać ją w swoje ręce. Sprytny Habsburg zażyczył sobie sowitego okupu.

Bohater chrześcijaństwa

Kiedy Maciej Korwin walczył o panowanie nad Węgrami, jego lennik Vlad Palownik musiał stawić czoła tureckiemu zagrożeniu. Ruszyła na niego najpotężniejsza armia od czasu zdobycia Konstantynopola. Około 80 tys. żołnierzy zaatakowało liczącą około 300 tys. mieszkańców Wołoszczyznę. Dracula pod rozkazami miał 31 tys. ludzi. Zdecydował się na prowadzenie wojny partyzanckiej. Kampania turecka na Wołoszczyźnie to potyczki, nocne napady, mało bitew, a te, które się rozegrały, najczęściej pozostawały nierozstrzygnięte.

Podczas marszu Turcy natrafili na las pali, długi na trzy kilometry i szeroki na jeden. Na każdym palu nabity był Turek. Nawet na żołnierzach sułtana Mehmeda II, przywykłych do rzezi i budowania piramid z obciętych głów, widok ten zrobił wrażenie.

Dracula wciąż walczył, a Korwin nie przychodził z odsieczą. Wyczerpany rajdami Mehmed II postanowił zakończyć kampanię. Obie strony poniosły ciężkie straty, żadna nie odniosła zwycięstwa, ale Draculi udało się obronić kraj i panowanie.

Na chwilę. Mehmed zostawił na Wołoszczyźnie brata Vlada, Radu Pięknego, kochanka sułtana, od wielu lat trzymanego w Turcji jako zakładnika. Teraz nadszedł czas, żeby go użyć. Radu przekonał do siebie szlachtę, a także Sasów. Ci wyczuli, że nadszedł czas słodkiej zemsty. Postawili Maciejowi Korwinowi ultimatum — damy ci pieniądze na wykup korony św. Stefana, a ty w zamian pozbędziesz się Vlada.

I tak się stało. Vlad Tepes został podstępem aresztowany i wsadzony do więzienia. Sasowie dotrzymali słowa i korona św. Stefana w końcu trafiła na skronie Korwina.

Przemiana

Trzeba było zrobić jeszcze jedno — wytłumaczyć światu chrześcijańskiemu, dlaczego więzi się wodza, który walczył z niewiernymi. Korwin, władca zapatrzony w ideały włoskiego renesansu, mecenas artystów, mógł liczyć na podopiecznych. Zaroiło się od broszur i listów, które przedstawiały księcia jako bezlitosnego ciemiężcę, palownika, krwawego tyrana i największego z możliwych złoczyńcę. Pamflety były drukowane i wysyłane na wszystkie dwory ówczesnej Europy, żeby usprawiedliwić króla Korwina.

Wiele lat później historycy znaleźli napisane pod wpływem chwili i na polityczne zlecenie pisma. Włączyli je do swoich dzieł, cytowali chętnie i bezkrytycznie. I tak rosła straszna legenda okropnego Vlada Palownika, największego potwora, jaki kiedykolwiek istniał. Przeczytał je niejaki Bram Stoker i na ich podstawie stworzył „Draculę” — największy horror wszech czasów. Vlad Tepes zmienił się w krwiożerczego wampira.

Jaki płynie morał z tej historii? Łatwo go odnaleźć, kiedy przechadza się średniowiecznymi uliczkami Braszowa, Sigisuary czy Sibiu, gdzie w sklepowych witrynach widać tylko kubki, koszulki i wina z podobizną Vlada Tepesa — polityku, nie zadzieraj z biznesem, bo ten nie tylko cię zniszczy, ale jeszcze na tym zarobi.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Wojciech Chmielarz

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Tematy

Puls Biznesu

Po godzinach / Ojczyzna Draculi