Opuszczanie giełdy staje się już epidemią

Michał Kobosko
opublikowano: 1999-08-06 00:00

Opuszczanie giełdy staje się już epidemią

WYPACZONY OBRAZ: Oprócz Agory w roku 1999 na warszawską GPW nie trafiła żadna duża spółka. Dlatego tegoroczny skok kapitalizacji giełdy jest w głównej mierze efektem wzrostu kursów akcji. Warto też przypomnieć, że sama Telekomunikacja Polska SA daje około jednej trzeciej kapitalizacji całej giełdy.

To jeszcze nie jest ucieczka grupowa, ale chyba już najwyższy czas zacząć bić na alarm. Coraz więcej spółek giełdowych i ich głównych właścicieli rozważa wycofanie się z GPW i obrotu publicznego. Jeśli zjawisko to nasili się, warszawska giełda utraci wiele firm, których obecność dawała zarówno prestiż, jak i stosowne dochody z opłat.

MORLINY za sprawą hiszpańskiego Campofrio, Górażdże kontrolowane przez CBR, Dom-Plast przejęty już kilka lat temu przez Rubbermaid, Animex od niedawna należący do Smithfielda, Izolacja duńskiego Icopalu, Grajewo Pfleiderera, WKSM Tarmaca, fabryki opon Goodyear i Michelin, znękana konfliktami z rolnikami Kruszwica (Cereol), Frantschach Świecie (znany dawniej jako Celuloza), Polifarb CW (Total), Polifarb Dębica (Alcro Beckers)...

FIRM, które prędzej czy później skazane są na opuszczenie parkietu, przybywa niemal z dnia na dzień. Oczywiście nie można utrudniać spółkom zmian ich struktury właścicielskiej. Nikt też nigdy nie twierdził, że wchodzenie na giełdę jest procesem nieodwracalnym. Tak jak wszystko wokół, zmieniają się i priorytety właścicieli. A jednak ta nagła epidemia daje do myślenia.

MOTYWY są zwykle podobne. Najczęściej mówi się o tym, że branża stała się w Polsce na tyle konkurencyjna, iż status spółki publicznej, zobligowanej do chwalenia się swoimi osiągnięciami i porażkami, przeszkadza w rynkowej ekspansji. Czasem zachodni właściciel stwierdza wprost, że skoro jego akcje są notowane na jednym z renomowanych parkietów, to utrzymywanie spółki córki na giełdzie lokalnej nie ma sensu.

JEDNAK najbardziej przekonująca jest niska płynność akcji pozostających w obrocie giełdowym. Trudno, by KPWiG czy GPW broniły się przed wyprowadzeniem z notowań firmy, która w ponad 90 proc. jest własnością jednego akcjonariusza. Obrót takimi papierami zamiera. Jeśli właściciel nie ma interesu w skupowaniu dodatkowych akcji, stają się one polem do popisu spekulantów, którzy zarabiają na naiwności pozostałych inwestorów.

SKORO exodus z giełdy jest zjawiskiem zrozumiałym, to dlaczego budzi aż tyle kontrowersji? Po pierwsze dlatego, że z GPW znikają przede wszystkim blue-chipy — czyli firmy będące liderami swoich branż, mające uznaną markę wśród kontrahentów i klientów, cieszące się największą popularnością wśród giełdowych inwestorów portfelowych. Na parkiecie pozostają natomiast tylko firmy słabsze i sprywatyzowane kolosy, których nikt nie chce lub (na razie) nie jest w stanie przejąć.

NA DODATEK, w miejsce „uciekinierów” nie pojawiają się na giełdzie godni następcy. Ba, ostatnie miesiące pokazują, że nie ma właściwie żadnych następców. Liczba znaczących spółek prywatnych debiutujących na parkiecie drastycznie stopniała (chlubny wyjątek stanowi w tym roku Agora). Od początku roku ustał też dopływ sprywatyzowanych spółek publicznych. Efekty są łatwo dostrzegalne. O ile w 1998 roku KPWiG dopuściła do obrotu publicznego 56 nowych spółek (na koniec roku było ich 253), o tyle przez siedem miesięcy tego roku dopuszczeń było... 9. Rynkowa wartość spółek notowanych na giełdzie skoczyła wprawdzie przez siedem miesięcy o połowę, ale stało się to głównie dzięki wzrostowi notowań (WIG zyskał 33 proc.), a nie dzięki skromnym 18 debiutom.

DRUGIE PÓŁROCZE 1999 może być nieco lepsze, ale tylko pod warunkiem, że Ministerstwo Skarbu Państwa rzeczywiście skieruje na giełdę kilka dużych przedsiębiorstw. Jednak te perełki nie odmienią generalnej tendencji. Rozwój warszawskiej giełdy zamiast przyspieszyć, prawie zahamował. Najwyższy czas podjąć poważną dyskusję na temat przyczyn tego niepokojącego zjawiska.