Organizatorzy przetargów boją się tylko arbitrażu
Jerzy Pieróg jest arbitrem Urzędu Zamówień Publicznych. Pełnił funkcję dyrektora Zespołu Odwołań w UZP, obecnie prowadzi Kancelarię Radcy Prawnego J. T. Pieróg, która specjalizuje się w zamówieniach publicznych. fot. M. Pstrągowska
Arbitraż przesądził o skuteczności działania uregulowanego prawnie rynku zamówień publicznych. Ustawa o zamówieniach publicznych nie zawiera bowiem żadnych sankcji, poza możliwością pociągnięcia niektórych jednostek do odpowiedzialności za naruszenie dyscypliny. Jedyną zatem sankcją dla zamawiających, którzy naruszają uczciwą konkurencję jest arbitraż. Stał się on skuteczny z dwóch powodów: po pierwsze dlatego, że dał oferentom prawo do składania zarzutów, wnoszenia protestów i odwołań, reagowania na wszystko, co robi zamawiający, czyli walki o swoje. Po drugie — zwiększyła się szybkość reakcji na zarzuty. Terminy ustawowe na wniesienie protestu, rozpatrzenie, następnie na złożenie odwołania i rozpatrzenie go przez zespół arbitrów są tak krótkie, że reakcja na nieprawidłowości następuje w ciągu kilkunastu dni. Poza tym jedyną rzeczą, której obawiają się zamawiający, jest nie kontrola, ale arbitraż. Kontrolerzy przychodzą za rok. Do tego czasu, jak wykazała praktyka, dokumenty można spreparować, zagubić, zmienić pracownika, władze — i już nie ma winnych. Arbitraż działa natychmiast i blokuje dalsze działania zamawiających.
Spraw jest mało. Powodów takiego stanu rzeczy jest wiele: arbitraż ogranicza się do zamówień powyżej 30 tys. euro, do tego 1/3 odwołań zostaje oddalona z przyczyn formalnych (najczęściej naruszenia terminów składania protestów i odwołań), wniesienie protestu wymaga uiszczenia opłat itd. Spraw jest mało również i dlatego, że ustawa przewiduje wiele innych rozwiązań, np. na mocy art. 36 zamawiający ma obowiązek udzielania wyjaśnień na temat podjętych czynności, treści specyfikacji istotnych warunków zamówienia. Gdy są one niewystarczające, oferent może złożyć protest. Jeśli nie zostanie on uwzględniony, może wnieść odwołanie do prezesa UZP. Sporo spraw kończy się właśnie na etapie wyjaśnienia lub protestu.
Oferent nie chce zadzierać z zamawiającym. Obawia się bowiem, że skrzywdzi go on w kolejnych przetargach. Zdarza się również, że zamawiający stara się dogadać z wnoszącym protest oferentem, obiecując mu wygranie następnego przetargu. Zawierają układ, nie zważając na to czy jest on dozwolony, tylko nie znam przypadku, żeby taka umowa została zrealizowana. Może dzieje się tak w przypadku jakichś małych zamówień. Przy większych — nigdy, bo po pierwsze: zamawiający od początku nie ma zamiaru wywiązać się z tego układu, chodzi mu tylko o to, by oferent wycofał odwołanie, po drugie — on nie ma możliwości dotrzymania umowy, bo w kolejnym przetargu musi wygrać ten, który złoży najkorzystniejszą ofertę. W przeciwnym wypadku sprawa trafi do arbitrażu. Znam to z autopsji, gdyż do mojej kancelarii często trafiają klienci, którzy przegrali niesłusznie pierwszy przetarg i dali się wyprowadzić w pole zamawiającemu — nie wnieśli odwołania i nie uzyskali obiecywanego im następnego kontraktu.
Liczby przetargów ustawianych pod konkretne firmy nie da się ustalić. Dzieje się tak od początku funkcjonowania ustawy o zamówieniach publicznych, tylko że teraz jest to trudniejsze do wykrycia, ze względu na lepsze merytoryczne przygotowanie zamawiających. Specyfikację istotnych warunków zamówienia przygotowują często najlepsi fachowcy i trzeba dobrego specjalisty, żeby to wykrył. Poza tym znalezienie nieprawidłowości to nie wszystko, trzeba udowodnić, że zamówienie jest ukierunkowane. Trudno jest to zrobić, gdyż prawo daje zamawiającemu olbrzymią przewagę nad oferentem, który nie może zajrzeć do oferty konkurentów. Nie wie zatem, czy była ona lepsza i spełniała wymagania. Zamawiający ma nawet szansę (oczywiście nielegalnie) uzupełnić niedopracowaną ofertę. Podobnie dzieje się w Europie. Tyle, że rynek zamówień publicznych jest tam znacznie większy, dłużej funkcjonuje, a oferenci są bardziej świadomi i zdeterminowani.