Rozpoczęta we wtorek rozprawa przed Trybunałem Konstytucyjnym (TK) o uznanie ewentualnej niekonstytucyjności zmian w funkcjonowaniu otwartych funduszy emerytalnych (OFE) jest jedną z najtrudniejszych w całych jego dziejach. Nie tylko z powodu zawiłości prawnych, lecz ze względu na gigantyczną skalę finansową orzeczenia. Gdyby sędziowie uznali skok państwa na kasę OFE za niezgodny z konstytucją — budżet po prostu by się posypał. Przy takim orzeczeniu TK wyznaczyłby na naprawę maksymalny termin 18 miesięcy, ale najdalej w połowie 2017 r. jednak trzeba byłoby je wykonać…

Na wokandzie toczy się rozgrywka samych byłych albo na dniach odchodzących. Zarzuty wnieśli: były prezydent Bronisław Komorowski oraz była rzecznik praw obywatelskich Irena Lipowicz. Ich następcy, Andrzej Duda i Adam Bodnar, oczywiście realizują zasadę ciągłości urzędów. Na finiszu kadencji ustawy broni Sejm oraz rząd Ewy Kopacz, kontynuujący dzieło Donalda Tuska. Na dodatek 6 listopada wygasa kadencja trojga sędziów TK: Marii Gintowt-Jankowicz, Wojciecha Hermelińskiego i Marka Kotlinowskiego. Gdyby nie ta okoliczność — do straszliwie niewygodnej rozprawy nadal by nie doszło.
Wspomniana trójka sędziów powołana została dziewięć lat temu przez sejmową większość PiS i LPR. To bardzo ważna okoliczność, ponieważ w orzeczeniach TK ogromną rolę odgrywa rekomendacja teoretycznie apartyjnych sędziów. Składając podpisy, zwłaszcza pod orzeczeniami o tak ogromnym znaczeniu politycznym, powinni dopisywać po nazwisku odpowiedni nawias: (PO), (PiS), (PSL) lub (LPR). Najbardziej jaskrawie wychodzi to przy tzw. zdaniach odrębnych.
Tym razem jednak orzeczenie rzeczywiście może być stricte prawne, czyli ponadpartyjne. W sprawie OFE opozycyjne PiS zachowywało bowiem milczenie, temat ten nie był także podnoszony w kampanii wyborczej. Na wokandzie TK mamy zatem do czynienia z dualizmem: piwa nawarzyła PO, większość sędziów została nominowana także przez PO, ale ewentualne skutki budżetowe musiałoby wypić PiS.