Po katastrofie smoleńskiej inauguracja przyspieszyła z 23 grudnia na 6 sierpnia, tegoż dnia składali przysięgę i rozpoczynali urzędowanie Bronisław Komorowski w roku 2010, zaś Andrzej Duda w latach 2015 i 2020. A zatem zaawansowanie drugiej jego kadencji dzisiaj osiąga 80 proc., pozostaje już tylko ostatni rok. Za wcześnie jeszcze na całościowe obrachunki, ale lokator Pałacu Prezydenckiego zaczyna już myśleć o jakimś miejscu w historii. W szczególności kombinuje, jak najkorzystniej dla osobistych interesów rozegrać rotacyjne przewodnictwo Polski w Radzie Unii Europejskiej, przypadające nam w okresie 1 stycznia – 30 czerwca 2025 r., czyli akurat w finale jego prezydentury. Wymyślił i wspólnie z PiS przeforsował w 2023 r. rzutem na taśmę specustawę, która w relacjach polsko-unijnych zabrała część uprawnień Radzie Ministrów i przekazała je prezydentowi RP. Po przejęciu władzy przez tzw. konsorcjum 15 października anormalne zapisy ustawy stały się całkowicie puste, np. wpływ Andrzeja Dudy na obsadzenie polskiego fotela w Komisji Europejskiej będzie dokładnie… zerowy.
Rzeczpospolita Polska ma od 1997 r. ustrój parlamentarno-gabinetowy z domieszką prezydencką. Realne znaczenie najwyższego urzędnika z Krakowskiego Przedmieścia zależy zatem nie tyle od niego, ile od jego relacji z większością rządową. W tym kontekście Andrzejowi Dudzie przez osiem lat trafiły się warunki wręcz cieplarniane – poza trzema miesiącami na samym początku pierwszej kadencji tworzył polityczną jedność z macierzystym PiS. Bardzo rzadkie ciche dni między partyjnym wychowankiem a najwyższym prezesem związane były z nielicznymi zaskakującymi wetami. Generalnie jednak Andrzej Duda potulnie wykonywał główne postawione mu przez matkę partię zadanie, czyli usługi podpisowe – gdy było potrzeba, to wręcz od ręki.
Ochronna bańka, w której spędził osiem lat, pękła z wyborczym hukiem 15 października 2023 r. Wykorzystując konstytucyjne chwyty proceduralne Andrzej Duda usiłował jeszcze przez dwa miesiące zaklinać rzeczywistość i sztucznie przeciągnął rządy PiS aż do 12 grudnia, zaś gabinet większościowego konsorcjum pod przewodem KO/PO zaprzysiągł dopiero 13 grudnia. Od tego dnia teoretycznie rozpoczął się w Polsce okres kohabitacji, czyli współzamieszkiwania w gmachach władzy prezydenta oraz rządu/parlamentu, wywodzących się z przeciwnych obozów. Taki dualizm przerabialiśmy dłużej lub krócej na różnych etapach III RP już pięć razy, obecnie trwa szósty okres 2023-25. Andrzej Duda konsekwentnie walczy i będzie walczył z rządowym konsorcjum w sumie ponad półtora roku, końcówka jego kadencji zapowiada się na okres być może najbardziej konfrontacyjny w dziejach III RP.
Przepowiednią zaognienia konfliktu były otwierające 2024 r. sylwestrowe orędzia premiera i prezydenta. Donald Tusk ogólnikowo podtrzymał styl ciepłej wody, którą rządowy ster przypłynął ponownie w jego ręce. Andrzej Duda potwierdził natomiast, że jego macierzysta partia PiS z definicji nie akceptuje werdyktu suwerena z 15 października 2023 r., dlatego zapowiedział Donaldowi Tuskowi twardą konfrontację legislacyjną. Trzyma przecież w ręku przepotężną broń polityczną, czyli pióro podpisowe – każde zawetowanie ustawy czy też prewencyjne skierowanie do całkowicie obecnie zmarginalizowanego Trybunału Konstytucyjnego oznacza automatycznie wyrzucenie jej do kosza. Świeżym przykładem jest zamrożenie na wiele miesięcy, nawet do końca prezydenckiej kadencji, bardzo ważnej zmiany ustawy o Krajowej Radzie Sądownictwa (KRS). Przy czym akurat w tej sprawie rządzące konsorcjum poniosło klęskę na własne życzenie, maniacko upierając się w Sejmie – wbrew mądrej uchwale Senatu! – przy pozbawieniu tzw. neosędziów biernego prawa kandydowania do naprawianej KRS.
