Dzisiaj o północy upływa pięć lat od akcesji Polski i dziewięciu innych państw do Unii Europejskiej. Podczas pamiętnej gali na placu Józefa Piłsudskiego w Warszawie rozwlekłość kolejnych mówców sprawiła, iż północ z 30 kwietnia na 1 maja zastała prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego przy mikrofonie, a flaga ze złotymi gwiazdkami poszła w górę z poślizgiem czterech minut. Trudno uniknąć wrażenia, że tamto symboliczne pozostanie w dołkach startowych do tej pory się nam odbija. Dlatego rocznicowy materiał we wczorajszym "PB" bardzo zasadnie zatytułowany został "Inni pobiegli, my idziemy".
Integracyjne osiągnięcia UE najlepiej widać z zewnątrz. Szybko przyzwyczailiśmy się do przekraczania niedostrzegalnych granic wewnątrz strefy Schengen, dlatego tak nas denerwują archaiczne rygory w Azji czy Ameryce — drobiazgowe kontrole paszportów, stemple, prześwietlanie bagażu przy… wjeździe, np. w poszukiwaniu żywności. Jednak ta nasza marchewka czasem przyjmuje kształt przeregulowanego kija. Oto z innych kontynentów można bez problemów odlecieć z kupioną na lotnisku butelką wina, ale podczas tranzytowego międzylądowania w obszarze UE każda flaszka powyżej 100 ml w ręcznym bagażu natychmiast jest rekwirowana, a jej posiadacz staje się potencjalnym terrorystą.
Mimo zasadnego narzekania na unijną biurokrację, korzyści Polski z przynależności do UE są bezdyskusyjne. Dlatego od triumfalnego referendum z 2003 r. — do którego odnosi się pierwsza z przypomnianych u góry okładek "PB" — poparcie społeczne dla europejskiej integracji w naszym kraju jeszcze wzrosło. Inna sprawa, że wielu popierających werbalnie UE silnie obawia się przyjęcia wspólnej waluty. Polscy przedsiębiorcy są w tej kwestii zjednoczeni, co potwierdza sonda obok. Jednak przyjęcie euro zapowiada się na długą batalię, mniej więcej na drugą pięciolatkę w Unii Europejskiej.
Jacek Zalewski