Pacjenci w pakunkach

Kamil Kosiński
opublikowano: 2008-05-30 00:00

W tej klinice leczą naszych kolegów, służących i sadystycznych dręczycieli. Czyli telefony. Szybko. Bo… Dzień bez komórki? Rany boskie!

Godzina 5.58. Przyjeżdża samochód DHL. W środku — sześć plastikowych kontenerów z 315 mniejszymi pakunkami. Ile w nich telefonów? Zależy. Może być jeden albo 10. Bywa, że takim transportem przyjeżdża ponad tysiąc telefonów (w kwietniu jest spokojnie). Dzień wcześniej w 420 paczkach znajdowało się 806 aparatów. Za kilka godzin okaże się, że obserwowanym przez nas transportem dotarło 627 niesprawnych terminali.

Ponad 70 proc. — 446 sztuk — opuści serwis późnym wieczorem. Wtedy samochód DHL zabierze je do sortowni, by nazajutrz kurierzy mogli rozwieźć telefony do punktów, z których je zabrali do naprawy. To salony różnych operatorów lub sklepy ze sprzętem elektronicznym — bo klient oddaje telefon do naprawy tam, gdzie go kupił.

Kurier DHL odbiera i odwozi aparaty bezpłatnie dla użytkowników, bo CCS usuwa awarie telefonów na gwarancji.

CCS brzmi tajemniczo. Cyfrowe Centrum Serwisowe to autoryzowany serwis telefonów komórkowych marek Alcatel, Siemens, BenQ-Siemens, Philips, Sagem, Samsung, Toshiba, ZTE oraz aparatów sprzedawanych pod własną marką w sieci Sferia.

Trudno tu wejść postronnym. To nie fanaberie. Są ważkie powody.

Szybkość kontra jakość

Na stanowiska naprawcze najpierw trafiają aparaty, które nie opuściły serwisu poprzedniego dnia (najczęściej z prozaicznych przyczyn, np. właściciel nie podał potrzebnych informacji). Zaraz po nich — pierwsze z porannej dostawy. Bez zwłoki i bez oczekiwania na rejestrację całej partii. Rejestracja skończy się koło południa. Liczy się tempo. Przynajmniej do czasu.

— Część pensji serwisantów zależy od liczby naprawionych słuchawek. Jeżeli ten sam telefon wraca do nas w ciągu 30 dni, to dokonujący naprawy technik nie dostaje za nią pieniędzy — przyznaje Radosław Rutkowski, nadzorca jakości.

Podlega mu 24 techników pracujących na pierwszej zmianie. Po południu zmieni ich 23 następnych. Ile aparatów może naprawić jeden człowiek w ciągu dnia? Rekordzista przekroczył setkę. Wszystko zależy od tego, co kryje się pod pojęciem „naprawa”.

— W sagemach i alcatelach wymieniamy tylko wyświetlacze, głośniki, klawiatury, baterie i ładowarki. Samsung pozwala nam wymieniać każdy element na płycie głównej. To czynności bardziej skomplikowane i czasochłonne. Jeden technik może więc naprawić dziennie 30 telefonów francuskich i tylko 12-15 samsungów — tłumaczy Radosław Rutkowski.

— Elektronik z ulicy naprawiłby w tym czasie dwa, trzy aparaty — uważa Robert Jagielski, supervisor ds. organizacyjnych.

A co mają w kieszeniach szefowie CCS — wiceprezes Robert Frączek i prezes Jerzy Zygmunt? Po dwa telefony, w tym każdy po samsungu. Zaznaczają, że samsungi wcale nie są najbardziej niezawodne.

— U każdego producenta znajdą się dwa, trzy modele awaryjne i kilka znakomitych, nie do zdarcia. Jasne, że telefony tańsze mogą być nieco bardziej awaryjne niż droższe — zaznacza Jerzy Zygmunt.

— Z drugiej strony… Tańsze są prostsze. Bywa, że dzięki temu rzadziej ulegają awariom, bo mniej elementów może się zepsuć. Poza tym: im bardziej zaawansowany produkt, tym większe ryzyko, że nie jest dopracowany — dodaje Robert Frączek.

Wiedzą, co się psuje

Kuracja zaczyna się od sprawdzenia, czy aparat nie ma uszkodzeń mechanicznych, nieobjętych gwarancją. Takim uszkodzeniem jest na przykład zalanie. Ślady wody są fotografowane pod mikroskopem, choć niektórzy producenci umieszczają wewnątrz aparatów papierki lakmusowe, ułatwiające pracę serwisu. Zmiana koloru demaskuje.

Najczęściej wykorzystywane części technik ma na stanowisku. Te, z których korzysta okazjonalnie, znajdują się w magazynie. Niektóre — w specjalnej komorze utrzymującej temperaturę 60 stopni Celsjusza. Trafiają do niej przeważnie procesory (układy scalone sterujące telefonem jako całością), dipleksery przełączające aparat między częstotliwościami 900 i 1800 MHz oraz końcówki mocy sprawiające, że słuchawka komunikuje się z siecią.

— Części przychodzą z fabryki zapakowane po kilka. Po otwarciu folii winno się je w ciągu kilku godzin wmontować do telefonu. Ale gdy z opakowania zawierającego trzy elementy potrzebujemy jednego, dwa wkładamy do komory. W 60 stopniach mogą leżeć bardzo długo — opowiada Radosław Rutkowski.

Gdy telefon jest na rynku jakiś czas, nietrudno zamówić części u producenta. W końcu wiadomo, co się psuje. Ale na początku życia modelu…

— Sagemy wymieniamy na nowe w ciągu pierwszego miesiąca od wprowadzenia modelu na rynek. To strategia producenta. Inni dostarczają nam listę elementów nowych modeli, których awarie uznają za najbardziej prawdopodobne. Wiedzą, co produkują i rażących odchyleń od takich przewidywań nie było — twierdzi Radosław Rutkowski.

Z opaską

Aby wejść na halę napraw zakładamy opaski: jeden koniec trafia pod skarpetę, drugi wędruje pod obcas buta, łącząc naszą skórę z podłogą i odprowadzając ładunki elektrostatyczne, które mogłyby się zgromadzić na ciele.

— Są bardzo niebezpieczne, gdy naprawia się telefon. Biorąc do ręki płytę główną lub jakiś element elektroniczny, można spowodować uszkodzenie i nawet o tym nie wiedzieć — ostrzega Robert Jagielski.

Dlatego serwisanci — w przeciwieństwie do nas dotykający telefonów — pracują w specjalnych rękawiczkach i fartuchach. Poza opaskami na nogach, takie same noszą na rękach. Kabel łączy ich nadgarstek z uziemionym stołem, przy którym pracują.

— Nie da się przypadkowo odłączyć opaski na ręku, ale siedząc na krześle zawsze można przybrać taką pozycję, że uziemiona noga nieświadomie oderwie się od podłogi — wyjaśnia Radosław Rutkowski.

Uwagę przykuwa wymiana niewielkich podzespołów na płytach głównych. Najpierw trzeba usunąć uszkodzone. Pomaga w tym dmuchawa z ciepłym powietrzem. Nagrzewa płytkę drukowaną wokół elementu do usunięcia, by puściły mocujące go luty i dało się go lekko wyjąć. Temperatura powietrza — nawet 380 stopni Celsjusza. Raczej trudno, by wymontowywany element to wytrzymał. Żaden problem! W końcu i tak jest uszkodzony. Co innego wlutowywanie nowego. To już trzeba robić specjalną lutownicą i pod mikroskopem.

Niektóre uszkodzone elementy nadają się do powtórnego wykorzystania. Chodzi o układy scalone, którym popękały nóżki — wskutek naprężeń płyt głównych, spowodowanych noszeniem telefonów w kieszeniach spodni. Telefon może się przez to samoczynnie wyłączać, ale wnętrze układu jest bez zarzutu. Poddaje się go więc reballingowi: ubytki w nóżkach są uzupełniane na specjalnej matrycy — mikroskopijnymi kuleczkami cyny. Potem układ scalony nadaje się do ponownego wykorzystania — np. w następnym telefonie noszonym w kieszeni.

Naprawę wieńczy wymiana oprogramowania. To reguła, że telefon opuszcza serwis z najnowszym dostępnym softwarem.

Tester w cenie limuzyny

Aparat musi jeszcze przejść testy techniczne. Trafia do couplera, czyli klatki Faradaya. Nie docierają tam żadne sygnały radiowe poza emitowanymi przez pracownika robiącego testy. Wyniki testu odczytywane są na urządzeniu zwanym willtek. W CCS pracują dwa takie zestawy testowe, a kolejne trzy są do dyspozycji techników. Wykorzystują je do zestrajania aparatów na etapie naprawy, gdy awaria dotyczy działania toru radiowego telefonu.

— Za jedną taką skrzynkę płaci się tyle, co za mercedesa. Koszt zestawu — w zależności od jego możliwości — to 40-60 tys. euro — zdradza Jerzy Zygmunt.

Drugi etap kontroli jakości? Testy manualne. Pracownik CCS wkłada do aparatu kartę SIM i wykonuje próbne połączenia. Sprawdza, czy poprawnie działają klawisze, wyświetlacz, głośniki. Bo — mimo właściwego działania elektroniki — coś mogło zostać przeoczone. Dopiero po poprawnym zaliczeniu tego testu słuchawka jest gotowa do wysyłki. Wraca do właściciela, który właśnie przeżył wyjątkowy dzień. Dzień bez telefonu! Rany boskie!