Dobre, znane nazwisko na liście wyborczej to skarb. Liderzy partyjni polują więc na nazwiska, ze szczególnym uwzględnieniem list do Sejmu. Do Senatu każdy kandyduje na własny rachunek, w wyborach do Sejmu, gdzie obowiązuje ordynacja proporcjonalna, głosujemy przede wszystkim na listę, a dopiero potem na konkretnego kandydata, popularne nazwisko — lokomotywa wyborcza — może pociągnąć za sobą do parlamentu paru mniej znanych kandydatów.
To dlatego Platforma Obywatelska chwali się „pozyskaniem” Radka Sikorskiego, Antoniego Mężydły i Bogdana Borusewicza, a Prawo i Sprawiedliwość szczyci się na konwencjach wyborczych Zytą Gilowską i Zbigniewem Religą. To postacie znane, przez wielu Polaków szanowane i z pewnością zbiorą wiele głosów w swoich okręgach. Warto jednak zauważyć, że są to lokomotywy niejako z odzysku — jeszcze nie tak dawno ciągnęły inne pociągi, po innych torach. Teraz postanowiły zmienić swojego maszynistę.
Lokomotywy wyborcze mogą przesądzić o wyniku wyborów. Ale potem ich rola jest już znacznie mniejsza. Bo pociągi nie składają się z samych lokomotyw, ale też z wagonów. I te ostatnie są w większości. Dlatego jeśli jakieś znane nazwisko skłoni kogoś do oddania głosu na daną listę, niech zwabiony lepiej sprawdzi, jaki skład ciągnie ta lokomotywa. Czy to luksusowy Orient Express, czy jedynie osobowy pociąg do władzy.
Adam Sofuł