„Pasja” — media i historia

Aleksander Krawczuk
opublikowano: 2004-03-26 00:00

Coraz częściej słyszy się twierdzenia, że media to władza nie czwarta, lecz pierwsza. Radio, telewizja, internet docierają niemal z szybkością światła do wszystkich miejscowości całego globu. Mogą nagłośnić lub pogrzebać milczeniem każde wydarzenie i sprawę.

Jeszcze przed 3-4 pokoleniami jedynym sposobem powszechnego przekazywania informacji była prasa — z natury rzeczy powolna, o ograniczonym zasięgu; jeszcze wcześniej do dyspozycji pozostawały tylko wołania woźnego na rynku, obwieszczenia na plakatach, słowa księdza z kazalnicy.

Dziś chyba jeszcze niewielu w pełni zdaje sobie sprawę z ogromu i doniosłości tego przełomu. Po raz pierwszy w dziejach ludzkości wiadomość o wydarzeniu w dowolnym zakątku świata staje się natychmiast własnością wszystkich wszędzie. To całkowicie nowy wymiar globalnej więzi — w dobrym i złym znaczeniu określenia „więź” (lub „sieć”); sam dobór informacji, nie mówiąc już o interpretacji, sprawia, jak widzi się rzeczywistość i jak się na nią reaguje.

Historyk winien zwrócić uwagę na inny jeszcze aspekt władztwa mediów nad naszą wyobraźnią i wiedzą. Przypuśćmy, iż ktoś w odleglejszej przyszłości zechce poznać warunki życia ludzkiego w początkach wieku XXI, zdany wszakże będzie prawie wyłącznie na zawartość telewizyjnych „Wiadomości” lub „Faktów”. Skutkiem bowiem jakiejś katastrofy — wszystko może się zdarzyć! — tylko te i podobne taśmy zachowają się jako dokumenty naszej epoki. Cóż to za potworne czasy! Wyłącznie katastrofy, rabunki, zbrodnie, gwałty, terroryzm, wojny domowe, bezmyślna biurokracja, wszechobecna korupcja, narkotyki, gangi, porno, prostytucja, pedofilia, nędza i bezrobocie, strajki głodowe — a jednocześnie niewiarygodne bogactwa i idiotyczna rozrzutność garstki uprzywilejowanych. Taki obraz wieku XXI wyłania się z przekazu wszystkich kanałów informacyjnych w krajach całego świata. Bo cóż da się powiedzieć interesującego o codziennym życiu z jego prostymi kłopotami i radościami — czyli o naszym życiu, o życiu milionów? Lecz właśnie normalna praca i egzystencja tworzy stopniowo nawarstwiające się osiągnięcia w każdej dziedzinie.

Refleksja to pouczająca i dla historyka starożytności. Pisząc np. o rzymskim Imperium, mamy do dyspozycji głównie resztki ówczesnej informacji medialnej — tej, jaką dawała ówczesna literatura, pisma historyków i satyryków. Z natury rzeczy tendencyjnej, stronniczej, skupiającej się głównie na życiu dworu i stolicy, na wojnach i wydarzeniach niezwykłych. Tacyt nienawidził cesarzy. Swetoniusz, z temperamentem reportażysty, interesował się nade wszystko skandalami i życiem prywatnym panujących. Satyrycy, jak zawsze, przekazywali karykaturalny obraz obyczajów, zwłaszcza warstw wyższych. A zatem podstawowe źródło przy próbie odtworzenia tamtej rzeczywistości niewiele się różni od tego, jakim rozporządzałby historyk wieku XXI — gdyby zdany był wyłącznie na cudem zachowane relacje telewizyjnych dzienników. Tylko pośrednio — dzięki archeologii, inskrypcjom, papirusom — możemy się domyślać, że rzesze ludności imperium żyły całymi pokoleniami stosunkowo spokojnie i nie najgorzej: powstawały miasta, budowano drogi, pasjonowano się widowiskami i sportem, upowszechniała się kultura. Nawet w stolicy plotki o intrygach i orgiach na Palatynie niewiele mieszkańców obchodziły — póki był chleb, odbywały się widowiska i działały termy.

Lecz media obecne, zwłaszcza film i telewizja, zawładnęły również historią, także starożytną, co niekiedy może okazać się groźne. Nie chodzi o filmy w rodzaju „Kleopatry” lub „Spartakusa”, na ogół kiczowate. Ale okrutny „Gladiator” musiał skłonić do refleksji o niezmiennych cechach natury ludzkiej. A wstrząsem o nieobliczalnych konsekwencjach może okazać się „Pasja”. Nigdy jeszcze tyleset milionów ludzi nie oglądało na własne oczy, czym była męka krzyżowania. To coś innego niż najbardziej wstrząsające artystyczne opisy i dzieła sztuki. To uczestniczenie w wielkim dramacie i nieludzkim cierpieniu z wszelkimi jego realiami, to niemal reportaż „na żywo” z Golgoty. I znowu staje przed każdym widzem pytanie, które już w dziejach tyle tak straszliwych nieszczęść spowodowało: kto zawinił, kto był sprawcą?

Dla historyka i dla każdego uważnego czytelnika ewangelii odpowiedź jest oczywista i prosta: Rzymianie. Proces Chrystusa jako buntownika przeciw rzymskiej władzy odbył się przed rzymskim namiestnikiem; on wydał wyrok, rzymscy żołnierze katowali skazanego, zaprowadzili na miejsce straceń i tam ukrzyżowali, a potem trzymali straż przy grobie. Film wszakże, zgodnie zresztą z rozłożeniem akcentów w ewangeliach, zdaje się — o ile wierzyć recenzjom — jakby odciążać Rzymian, czyni z nich raczej instrument niż głównych sprawców. Jeśli tak, to owa „relacja dramatu wprost z Golgoty” może stworzyć — zapewne bezwiednie — wielkie problemy ludziom XXI wieku. Taka jest potęga mediów, nawet jeśli mówią o wydarzeniach sprzed prawie dwóch tysięcy lat...

Możesz zainteresować się również: