Jest ich w Polsce jakieś 13-20 tys. Romowie, kiedyś w taborach, teraz w spółdzielniach. Odkrywają w sobie biznesmenów.
Gwarantowany budżet wynosi jakieś pół miliona złotych. Na szkolenia, zakup maszyn i sprzętu. Przez kilkanaście miesięcy osobisty menedżer radzi i pomaga w prowadzeniu spółdzielni socjalnej. Pieniądze na jej działalność dała Unia Europejska. Realizacją projektu EQUAL zajęła się Międzynarodowa Organizacja ds. Migracji (IOM). Chodzi o aktywizację zawodową społeczności romskiej. Wygląda nieźle.
— Samograj to nie jest. Strach miałam okropny — zaznacza Bożena Wójciak, prezes krakowskiej spółdzielni socjalnej Sare Roma, parającej się kateringem i krawiectwem.
Maczuga z sushi
Bożena Wójciak nigdy ze swojego romskiego pochodzenia nie robiła wielkiego halo. Bo czym tu się chwalić w Polsce? Stereotypy: kradną, nie pracują, kombinują. To samo można powiedzieć o każdym środowisku bezrobotnych i tzw. wykluczonych społecznie — przekonują socjologowie.
Romowie, zwani czasem jeszcze Cyganami, mają w Polsce bardziej pod górkę. Bo są Romami. Nie wszyscy z nich wcielają się w stereotypowe role i wzruszają organizacje społeczne swoim nieprzystosowaniem. Oni na dokładkę chcą. Projekt IOM był skierowany właśnie do tej grupy.
— Kadrę mamy wymieszaną. Parę osób się wykruszyło, bo trochę opacznie zrozumiało ideę. Nie ma łatwego szmalu, spółdzielnia musi na siebie zarobić — podkreśla Adam Przyłucki, pełniący rolę doradcy w spółdzielni Sare Roma.
Od kilku miesięcy spółdzielnie nie korzystają już z zewnętrznego finansowania. Doradcom właśnie kończą się kontrakty. Bożena Wójciak będzie musiała sama radzić sobie z zarządzaniem.
— Co robiłam wcześniej? Pracowałam w kuchni, potem trafiłam na bezrobocie — opowiada.
Jest jedną z bohaterek filmu dokumentalnego „Taborem do Europy”. Tam mówi wprost:
— Kiedyś wstydziłam się swojego pochodzenia. Teraz nie. Romskie dziewczyny potrafią.
Z bezrobotnej kucharki, drogą niemalże rewolucji, została menedżerem, kieruje siedmioma osobami. Za nią kilka tygodni szkoleń, poznawanie urzędów, księgowości. Komputer? Nie ma sprawy. Czasem może jakiś plik zniknie, ale pakiet Office nie budzi już lęku. Szwalnia Sare szyje nie tylko cygańskie suknie, lecz także ślubne. Współpracuje również z obiecującą projektantką. W menu Sare jest akurat maczuga, wybitnie romskie danie. Coś jak de volaille, tyle że z boczkiem. Ponoć lepszy. Jutro m.in. pstrąg z folii z ziemniakami i surówką za 9,50 zł. Żyją z dowożenia obiadów do firm, dziennie będzie z tego jakieś od 80 do 100 porcji.
— Przygotowujemy nowe pomieszczenie na restaurację. Myślimy też o stworzeniu sieci barów w całym mieście, gdzie dostarczalibyśmy nasze jedzenie — mówi z zapałem pani prezes.
Może nie staną się drugim Sphinksem, zapewne nie przyciągną snobów i białych kołnierzyków, ale w Krakowie zaczyna się o nich mówić. Może okażą się po prostu modni i maczuga zastąpi sushi?
Mit, kielnia i gitara
Na razie przeciętnemu zjadaczowi chleba z romską kuchnią kojarzy się co najwyżej tzw. patelnia cygańska. Rynkowy hit?
— Przedmiot mityczny. Że się nie przypala, nie do zdarcia. Cygańscy kotlarze wyklepywali je od zawsze — tłumaczy Dorota Gołębiewska, koordynator projektu z ramienia IOM.
Grupa Romów, wsparta profesjonalnymi badaniami rynkowymi, zdecydowała, że uruchomią produkcję takowych patelni. Po to powstała spółdzielnia socjalna Khetane w Szczecinku. I od razu piaskiem w oczy. Cyna, którą pokrywali naczynia, topiła się zaraz po postawieniu na kuchenkę gazową.
— Poradzimy sobie, to pewnie jakaś drobnostka — pocieszali się spółdzielcy.
Sprawa otarła się o uczone głowy z Politechniki Warszawskiej.
— Okazało się, że kiedyś patelnie były z domieszką ołowiu, który trzymał cynę w ryzach. Teraz, gdy ołowiu dodawać nie wolno, cyna płynie — wyjaśnia Dorota Gołębiewska.
Nad spółdzielnią zawisła groźba bankructwa. Należało się przekwalifikować na ekipę remontową. Drobnymi pracami budowlanymi para się też spółdzielnia Jame Roma z Olsztyna, w której pierwsze skrzypce gra Marek Kamiński. Słowo skrzypce jest tu nieprzypadkowe.
— Mamy plany rozpisane na kilka lat. Kupiliśmy nie tylko kielnie, ale także instrumenty muzyczne. Chcemy grać, bo budowlanka w naszej duszy pogrywa raczej letnio — przekonuje młody i rzutki prezes Jame Roma.
Większość jego kadry to ludzie od zawsze bez pracy i wykształcenia. Początkowe atuty: piękne głosy. Choć na początku praca od do trochę im wadziła, teraz czują się mocni. Chcą wydać płytę, póki zima, malują i budują. W duszy tabor gra.
Obudzeni na egzamin
W spółdzielni Kaszt-Rom (Drzewo Romskie) ze Sławna nikt w minorowe tony nie uderza.
— Że doradcy już nie ma? Podołamy, w końcu drewno to połowa mojego życia — zapewnia Edward Sobolewski, prezes.
Zajmują się stolarką. Akurat okres ciężki, bo nie sezon. Ale Romowie to ludzie, którzy łatwo beznadziei się nie poddają, choć bywają nieprzewidywalni. Spółdzielni w Sławnie miało nie być. Grunt szykowano w Witnicy pod Gorzowem Wlkp. Szkolono, ustalano, badano. Pewnego dnia okazało się, że problemu wykluczonych Romów tam już nie ma. Po prostu zabrali się i pojechali w świat.
— Żeby powstała romska spółdzielnia socjalna, nieraz musi się zebrać lokalna starszyzna, podebatować, wyznaczyć ludzi, zgodzić się. Bywało, że odmawiali — wspomina Dorota Gołębiewska, przedstawicielka IOM.
Edward Sobolewski do Kaszt-Romu trafił przez syna, który chodził na szkolenia. Kiedy usłyszał, że chcą robić klocki i zabawki, puknął się w czoło. Nie dawał im szans, namawiał na boazerię, deski, obicia, dachy. Przepracował ćwierć wieku w tartaku, znał rynek i możliwości chłopaków po trzech klasach podstawówki. Został szefem
— Właśnie zdali egzamin na wózki widłowe — cieszy się prezes.
Jako spółdzielnia socjalna mają przywileje, ale też obowiązki. Przede wszystkim sztywny parytet: na pięć osób przynajmniej cztery muszą być tzw. wykluczone społecznie. Zyski inwestują w firmę i dzielą się nimi z potrzebującymi z okolicy. Obciąża ich to, że od samego początku wszyscy pracownicy muszą być przyjęci na zasadzie umowy o pracę. Czy te społeczne eksperymenty przetrwają? Świadomość powagi chwili jest. Jak mówi Mariola Sobocińska, doradca Kaszt-Romu, mentalnie to już inni ludzie.
— Etap dumy z tego, że pracują, odnoszą osobisty sukces, jest za nimi. Teraz kombinują, jak rozepchnąć się na rynku. Obudzili się w nich biznesmeni. n
Socjalnie z tradycją
Jednym z prekursorów spółdzielczości na terenach Polski był Stanisław Staszic, który w 1816 roku założył w swoich dobrach Hrubieszowskie Towarzystwo Rolnicze. Ruch spółdzielczy wywodzi się z okresu zaborów. Wówczas był formą zrzeszania się i edukacji chłopów przez ziemiaństwo. Natomiast spółdzielnie socjalne zostały wprowadzone do polskiego systemu prawnego cztery lata temu. Mają obowiązek dzielenia się tzw. nadwyżką bilansową z lokalnymi społeczeństwami. Członkami mogą być nie tylko osoby wykluczone społecznie i dotknięte przez los, lecz taże organizacje pozarządowe, których celem nie jest osiąganie zysku. Spółdzielnia socjalna nie może mieć mniej niż 5 i więcej niż 50 członków.
Z Indii do Polski
Badania językoznawcze dowodzą, że wyodrębnianie się Romów rozpoczęło się 1,5 tys. lat temu w centralnej części Półwyspu Indyjskiego. Analizy etnograficzne dowiodły ich pokrewieństwa z kastą Domba. Dane genetyczne, sugerują, że pierwotna grupa zamieszkiwała Indie około 32-40 pokoleń temu. Do Polski Romowie dotarli w końcu XIV w.
Brazylia, spółdzielnie i grochówka
700 tys. Nawet tyle osób liczy postkolonialna społeczność romska w Brazylii.
4
Tyle socjalnych spółdzielni romskich działa w Polsce.
2 zł Tyle kosztuje talerz zupy grochowej w barze Sare Roma w Krakowie.
Urzędowe osiadanie
W Europie Romów początkowo przyjmowano życzliwie — podawali się za lud, który wyruszył z Egiptu dla odpokutowania swoich grzechów. Jednak już w roku 1499 władcy Hiszpanii wydali edykt nakazujący Cyganom osiedlenie się i znalezienie stałego zajęcia. Próby zatrzymywania taborów podejmowano m.in. w Austrii, Niemczech i w Rosji. W Polsce w 1952 roku premier Józef Cyrankiewicz podpisał uchwałę nr 452 Prezydium Rządu „W sprawie pomocy ludności cygańskiej przy przechodzeniu na osiadły tryb życia”. Tabory stanęły dopiero wiosną 1964 r., kiedy zmuszono Romów do osiedlenia po raz kolejny, wykorzystując wszelkie istniejące przepisy. To stało się początkiem końca świata wędrownych taborów.
