Pyta pani, jak z naukowca wynalazcy zostałem biznesmenem? Zbudowałem Autorski Park Technologiczny (APT). Jestem pomysłodawcą, właścicielem obiektu i gruntu, na którym stoi hala wystawowa, laboratoria, sale kongresowe, aula na 300 osób.
Tam mogę kontynuować badania. Pozostaję niezależny, choć nadal pracuję w Wojskowej Akademii Technicznej. To rodzinny biznes (moi bliscy — żona, synowie —też są wierni technice). Pracuję tam, ale i wynajmuję ośrodek innym. Nie narzekam na brak chętnych. Może moje nazwisko jest wiarygodne?
Minister nauki Michał Kleiber powiedział, że inwestycja przekracza jego wyobrażenia. „To stanęło, panie Wojciechu, za pieniądze pracownika naukowego?” — zapytał. Odpowiedziałem: „Nie wygrałem, nie ukradłem... Wszystko dzięki patentom!”.
Najpierw technologia stworzyła park technologiczny, teraz park tworzy technologię. W Polsce to pierwsze tego typu przedsięwzięcie. Proszę pani, własny biznes to niezależność. Przypisanie naukowca do instytucji jest potrzebne, ale nie sprzyja spontanicznemu rozwojowi. Niewielu czuje się z tym komfortowo.
Jestem zaprzeczeniem stereotypu wynalazcy, który gdzieś tam na poddaszu robi, co lubi, zapominając o bożym świecie. Działalność indywidualna — w moim pojęciu — wymaga doskonałej organizacji pracy, operatywności. Jeżeli nie wiesz, jak i co załatwić, to szybko wyrzucą cię z pociągu, którym jedziesz. Jeśli dodać dobre zdrowie, wsparcie rodziny i krytycyzm i wobec siebie, i własnych dokonań, to jest szansa, by coś osiągnąć. Mnie się udało.
W Europie są cztery pory roku. I mnóstwo zabytków. Dlatego zawilgocenie budowli wodami gruntowymi to taki problem tego kontynentu. Obiekty historyczne nie miały izolacji, a te sprzed I wojny, w których zastosowano środki zapobiegawcze... no czas zrobił swoje. Mój patent — osuszania zawilgoconych budowli metodą iniekcji krystalicznej — ratuje mury przed zniszczeniem.
Mam już za sobą zabiegi na 12 tys. obiektów w Polsce i Europie. To jakieś 200 tys. mieszkań... Po moją technologię sięgają również inwestorzy nowych budynków, chcąc chronić konstrukcje, gdy doszło do błędów w projekcie lub złej realizacji. Woda zawsze znajdzie lukę i drąży... Straty są ogromne.
A ceny? Robię wszystko, by było jak najtaniej. Moją prosta, przejęta z biznesu dewiza: nie zarabiać na jednym, tylko na dziesięciu nabywcach. I wtedy mieć godziwy zysk.
W tym roku sprzedałem więcej licencji niż w całym — najlepszym dla mnie — 1997. Ludzie „szukają chleba”— produktu, skutecznego, konkurencyjnego warsztatu pracy. Zakup licencji to dobre narzędzie. Zaskakują mnie obcokrajowcy, którzy znajdują mnie tu — na miejscu — w Polsce. Pomagają w tym informatory, wystawy światowe, Internet, publikacje prasowe. No i telewizja... Nawet mój szwagier w Toronto widział mnie w TV Polonia. Kłania się zasada zwrotnej informacji!
Przed moim pomysłem powszechnie wykorzystywano technologię elektrosmotycznego osuszania budynków. Ale co z tego, że zaangażowany był w nią Szwajcar, Rosjanin i paru innych naukowców? Efektu nie było! W Polsce w latach 70. i 80. doszło do renesansu tej metody. A przecież już w latach 50. na zachodzie Europy była zakazana!
Zawziąłem się. W 1986 napisałem o tym w „Przeglądzie Budowlanym”, bo dla mnie „zakazane” znaczy „prokurator”. Uderzyłem: szkodzi murom, instalacjom, zwiększa ich zawilgocenie po 2-3 latach. Osusza nietrwale. Wylewano na mnie kubły pomyj...
Trudno. Ale co zrobić, by trwale osuszać mury? Woda była przeszkodą w rozwoju tej technologii. Pomyślałem. Nie chciałem jej zwalczać, ale uczynić użyteczną dla ratowania gmachów. Sięgnąłem do naukowych rozważań, do teorii prof. Ilia Prigożinowa, za którą dostał Nobla. Prace symulacyjne trwały 5, no nie, trochę więcej — 6 lat. Powiodło się! Wyniki opublikowałem w 1987 r.
Tak deprymującego śmiechu wokół siebie nie słyszałem. Kpiny, drwiny. Głupi ten Nawrot! Nie darowano sobie w żadnym języku. Naukowcy i praktycy — bez różnicy.
W 1987 dostałem z pewnego amerykańskiego uniwersytetu symulację komputerową równania Prigożinowa. Okazała się bardzo podobna do opublikowanego przeze mnie modelu. Przełom! Znalazłem odniesienie!
Tymczasem ośrodki naukowe komentowały: „To niemożliwe! Tyle prac habilitacyjnych, doktorskich powstało na ten temat — i nic. A taki ktoś...”. Nie mówię o tym, żeby gadać o moich cierpieniach, ale przypomnieć, że przeszedłem całkiem zwyczajną drogę wynalazcy.
Wiele się nauczyłem: najważniejsze — nie informować o efektach prac. Choć jeśli się pracuje w jakiejś instytucji w rodzaju uczelnia, instytut naukowy — to trudne. Najlepiej działać cicho, w ukryciu, bo hołota tylko czyha, by cię kopnąć. Lecz nie mylić hołoty z konkurencją, bo można zejść na manowce i przestać być krytycznym wobec siebie i tego, co się robi.
Na pomoc finansową nie mogłem liczyć. Podpadłem władzom uczelni, miałem osiągnięcia „bez zezwolenia”. Gdybym doszedł do wynalazku pod czyim. szyldem, byłyby pochwały, dyplomy, które rzecz jasna bardzo cenię. Przebijałem się sam. W zamian za to — ja, pracownik naukowy — nie tylko nie otrzymałem środków na nowe badania, nawet tych mi już należnych. W państwowej instytucji, dosłownie przez ścianę, stały urządzenia potrzebne mi do pracy. I za żadne skarby nie mogłem z nich skorzystać. W tej samej instytucji przeszkadzano mi w badaniach. No więc jak to nazwać? Sabotaż. Tak było do końca lat 80. Teraz nic mi już nie można zrobić...
Trudno szło. Ale przeszedłem do praktyki. Pomagała rodzina. Żona przeganiała w osuszanych przeze mnie budynkach pająki, a moje dzieci dorastały, bawiąc się w piaskownicy przed takim domem...
Kiedy pojechaliśmy w świat z tą moją technologią, posypały się nagrody. Oto złote medale: Bruksela, Genewa, Pittsburgh, Pekin, Casablanca, Norymberga, Moskwa... Wyróżnienie od króla Belgii, polskiego prezydenta. Od innych elit: ministra kultury, prezydenta Warszawy. Bez wątpienia to odgórne uznanie pomogło wreszcie zmiażdżyć mur niezrozumienia naukowców i praktyków.
Teraz o moim patencie mówi cały świat.