Paweł Szałamacha musi być silny

Bartek GodusławskiBartek Godusławski
opublikowano: 2015-11-17 09:31

Ministerstwo Finansów ma trzymać w ryzach deficyt i dług publiczny. Do tego potrzeba szefa resortu, który weźmie na siebie ciężar najbardziej nielubianego ministra w rządzie i będzie miał z tego satysfakcję.

Paweł Szałamacha nie będzie miał łatwego życia u premier Beaty Szydło. Dlaczego? Bo rolę ministerstwa, którym pokieruje wielokrotnie już deprecjonowali najważniejsi politycy Prawa i Sprawiedliwości, a jego urzędników sprowadzono do roli kalkulatorów.

Symboliczne było już to, że szefowa rządu przy prezentacji kandydatów na członków gabinetu wymieniła Pawła Szałamachę jako 23. w kolejności ministra. Przed nim poznaliśmy nazwiska m.in. ministra środowiska, rolnictwa czy gospodarki morskiej i żeglugi śródlądowej.

Jak w każdym rządzie chętnych do popuszczenia pasa będzie wielu, a pilnowanie diety będzie zadaniem niewdzięcznym. Tę rolę musi wziąć na siebie Paweł Szałamacha. Niezależnie od tego, kto będzie oficjalnie firmował politykę gospodarczą rządu (nowe superministerstwo rozwoju pod sterami Mateusza Morawieckiego), to urzędnicy z ul. Świętokrzyskiej mają najlepsze know how co w finansach można, gdzie jest granica zdrowego rozsądku, a gdzie zaczyna się przymierzanie butów św. Mikołaja.

Paweł Szałamacha powinien być sknerą, krytykiem, sceptykiem i najmniej koleżeńskim członkiem gabinetu Beaty Szydło. To czy minister rozwoju będzie miał  co robić i wspierać rozwój czymś więcej niż dobrym słowem, będzie w dużej mierze zależało właśnie od nowego szefa finansów.

Na razie odziedziczył po poprzedniku kasę pastwa w niezłej kondycji, ale dalekiej od satysfakcjonującej. Mówienie, że polskie finanse publiczne są stabilne, to przede wszystkim przyznawanie, że inni mają gorzej, a my sami na ich tle wypadamy całkiem nieźle.

Kasa musi się zgadzać

Z ostatnich prognoz Międzynarodowego Funduszu Walutowego czy Komisji Europejskiej wynika, że przez ten, a i pewnie następny rok, deficyt sektora finansów publicznych będzie blisko granicy 3 proc. PKB. Na tyle blisko, że lekkie potknięcie w ministerialnych rachunkach, delikatne spowolnienie tempa wzrostu gospodarczego czy kolejne zawirowania w strefie euro albo na Dalekim Wschodzie, mogą znów nas wepchnąć pod pręgierz procedury nadmiernego deficytu. Teraz nie będzie tam już tak lekko, bo na szali leżą miliardy euro, które Bruksela może nam wstrzymać w ramach funduszy spójności.

To, że nie ma pola do szaleństwa w wydatkach nowy minister finansów już wie, albo za chwilę się dowie jak spotka się z kadrą resortu. Dowie się jednak jeszcze gorszej rzeczy, że nie tylko nie może sobie pozwolić na rozdawnictwo, a wprost przeciwnie powinien stworzyć własny, realistyczny i ambitny plan realizacji średniookresowego celu budżetowego, czyli ograniczenia deficytu do 1 proc. PKB. Tylko wtedy będziemy mogli myśleć o realnym ograniczeniu długu publicznego. W przeciwnym razie wciąż będzie rósł, a numer z OFE można było zrobić pewnie tylko raz, a przynajmniej drugie podejście będzie trudniejsze i wymagające więcej ryzykownej - w świetle unijnego prawa - ekwilibrystyki.

Nikt nie podpowiada nowemu ministrowi cięcia wydatków na oślep. Ta polityka ma już w UE swoich wyznawców i żywe dowody, że lekarstwo bywa gorsze od choroby - Grecję.

Wystarczy, że będzie bardziej dbał o nowe źródła dochodów albo o to, żeby stare nie były tak dziurawe jak dzisiaj w VAT czy CIT. Naiwnym byłoby sądzenie, że luka podatkowa zniknie pod ręką Pawła Szałamachy jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, ale jeśli uda mu się na starcie odzyskać 3-4 mld zł z tego co Skarb Państwa traci co roku przez to, że Polska stała się wesołym miasteczkiem dla przestępców podatkowych, z ich ulubioną zabawką - karuzelą VAT, będzie wiedział, że idzie dobrą drogą.

Reguł należy pilnować

Na właściwym kursie busolą powinna być też nowa reguła wydatkowa. Narzędzie bezlitosne, brutalne i działające lepiej niż się spodziewali jego ojcowie z PO. Jednak tylko taki instrument, mimo swoich niedoskonałości (np. związanych z prognozami inflacji), daje szansę, że prędzej czy później uda się zbić dług publiczny w okolice 40 proc. PKB. Wtedy reguła się „wyłączy”, a my będziemy mieli pewność, że zbudowaliśmy bufory bezpieczeństwa na kolejne kryzysy i spowolnienia, które prędzej czy później znów zawitają nad Wisłę.

Nie czas więc regułę modyfikować, zawieszać, ulepszać czy liftingować. Czas pokazać ją na posiedzeniu rządu kolegom-ministrom i powiedzieć wyborcom: odpowiedzialność za finanse i gospodarkę każe nam rozłożyć realizację programu wyborczego na 4 lata. Najpierw ograniczymy jeszcze deficyt, ale tak żeby motory gospodarki pracowały równo, a dług wrócił na spadkową ścieżkę.

Dobrym pomysłem jest szukanie nowych dochodów, można dyskutować z wyborem kieszeni, do których ma sięgać fiskus, ale nie z samą ideą. Warto docenić, że partia szuka pieniędzy na zapłacenie rachunku za swoje pomysły, a nie liczy ma magię rosnącej gospodarki, która napcha budżetowe rachunki miliardami z podatków.

Słabość siłą

Minister finansów powinien stać na straży dyscypliny budżetowej. Mówić „tak” nowym wydatkom, o ile kolega z rządu przyniesie pomysł jak je sfinansować. W ten sposób to on będzie prawdziwym ministrem rozwoju: odpowiedzialnego, zrównoważonego i na coraz mniejszy kredyt.

Paweł Szałamacha nie jest ekonomistą, który zbierał szlify w bankowych działach analiz, ani akademikiem, który wycierał łokcie w uniwersyteckich ławach, ale prawnikiem. Nie ciąży na nim neoliberalna skolioza, która wykrzywiła tylu ministrów po 1989 r., ani cień ojca polskich reform Leszka Balcerowicza, z którym musiałby się ścigać o laur najczęściej cytowanego w „Financial Times” czy „The Economist”. To co dla wielu jest jego słabością, może przekuć w siłę.

Minister finansów w Polsce wciąż musi być silny, musi być prawą ręką premiera i jego pierwszym zastępcą, nawet jeśli to inni będą nosili buławę wicepremierów superministrów.



Paweł Szałamacha
Paweł Szałamacha
Forum