Mądry „wie co mówi”, mądry inaczej „mówi co wie”, ale najbardziej niebezpieczni są ci, którzy „nie wiedzą co mówią, ale mówią”. Trudno jednoznacznie stwierdzić, jak w tej skali skategoryzować całkiem najnowszego ministra skarbu Zbigniewa Kaniewskiego, który dzisiaj objaśnia Wysokiej Izbie swoje plany prywatyzacyjne. Swoje, bo wiadomo przecież, że rządząca koalicja, w osobach poprzednich ministrów, miała jedynie plany, jak prywatyzować, by nic nie sprywatyzować i wszystko zostało po staremu.
I, co najzabawniejsze, niemalże wszyscy byli z takiego obrotu sprawy zadowoleni: koalicjanci — bo nie ubywało lukratywnych stanowisk w zarządach i radach nadzorczych, część opozycji — bo prywatyzacja to złodziejstwo, inna część opozycji — bo tylko oni umieją prywatyzować.
Trwał pat, owocujący najbardziej egzotycznymi koalicjami, jak choćby ta, która powstała przy tworzeniu Grupy Lotos. Świeżo mam w pamięci, jak o celowości jej powołania zapewniali nas, prawie jednym głosem, minister Ostrowska (SLD) i poseł (naonczas) Wiesław Walendziak (PiS). A cóż to było innego jak nie przejaw właśnie „kapitalizmu państwowego — patologicznego przenikania się gospodarki z polityką” (jak pisze poniżej Janusz Lewandowski), zastępowania prywatyzacji konsolidacją i restrukturyzacją?
Miast tworzenia programów rzeczywistej restrukturyzacji przez prywatyzację, albo prywatyzacji przez restrukturyzację (jak kto woli), kolejni ministrowie zajmowali się... personifikacją prywatyzacji. Wróbla? Nie lubimy. To nie dopuścimy do przejęcia Lotosu przez Orlen, tym bardziej że tam w tle majaczy Kulczyk, którego nie lubimy jeszcze bardziej — kombinowali jedni. Drudzy — wręcz odwrotnie. I tak trwało to bezproduktywne przeciąganie liny, aż przyszedł Kaniewski i myślał, że on, jako minister skarbu, naprawdę jest od prywatyzowania. Pierwszy naiwny? Czy jak?