Piątek w PB: Stoen kontra URSUS - bez prądu pod prąd

22-08-2003, 07:27

Bortkiewicz to cwany gość - mówią o prezesie Ursusa ci, którzy znają szczegóły jego układu ze Stoenem. Przedziwnego układu, który długo pozwalał podupadłemu producentowi ciągników bezkarnie nie płacić dystrybutorowi za prąd. Dopiero nowy właściciel Stoenu, niemiecki koncern RWE, powiedział twardo: "Kasa na stół!". Tylko skąd wziąć 40 mln zł?.

Wstrzymanie przez Stoen dostawy prądu do ZPC Ursus - spółki kierującej grupą, powstałą z wykorzystaniem majątku podupadłego producenta ciągników - było nie pozostawiającym wątpliwości sygnałem, że dostawca i odbiorca energii nie doszli do porozumienia. Przerwa w zasilaniu 9 czerwca trwała zaledwie kilka godzin. Po ekspresowej decyzji Urzędu Regulacji Energetyki (URE) - podjętej, jak twierdzi regulator, przede wszystkim w interesie bogu ducha winnych klientów, pobierających prąd via Ursus - dostawy przywrócono. Spór między Stoenem a Ursusem o 40 mln zł rozstrzygnie sąd.

Jak mówi Stanisław Bortkiewicz, prezes Ursusa, dług ZPC wobec stołecznego zakładu energetycznego "nie jest taki stary". Zaczął narastać w 1999 roku, kiedy Stoen zainteresował się Ursus-Media -spółką wydzieloną w czasie restrukturyzacji producenta ciągników.

- Ursus-Media przejął od nas całą infrastrukturę, służącą zaopatrywaniu w media zakładów oraz części miasta, którą zbudowano przy fabryce w latach 70.: sieci ciepłownicze, wodne, gazowe, kanalizacyjne i energetyczne średniego napięcia. Kilka miesięcy po wydzieleniu spółki ogłosiliśmy przetarg na 100 proc. udziałów. Znaleźli się chętni, wpłacono nawet wadium stanowiące 10 proc. ceny wywoławczej - czyli dwudziestu milionów złotych. Wtedy zwrócił się do nas Stoen - snuje opowieść Stanisław Bortkiewicz.

Widać, że opowiada tę historię nie po raz pierwszy, ale relacjonowanie niektórych "szczególnie soczystych kawałków" nadal wyraźnie go bawi.

Przegląda wypchany papierami gruby segregator, przeznaczony na dokumenty związane ze sprawą. Na poparcie swoich słów wyławia odpowiednie pisma. Krótkie, datowane na 17 sierpnia 1999 r., głosi: "Zarząd STOEN S.A. w Warszawie zwraca się z prośbą o unieważnienie przetargu na zbycie udziałów w spółce Ursus-Media Sp. z o.o., gdyż w dalszym ciągu STOEN S.A. zainteresowany jest ich nabyciem. Z uwagi na trwające negocjacje z firmą mającą dokonać oszacowania rynkowej wartości spółki Ursus-Media nie byliśmy w stanie złożyć oferty zakupu udziałów w tej spółce". Stoenem kierował wówczas Krzysztof Konaszewski, który trafił do spółki bezpośrednio z fotela wiceministra skarbu w rządzie Jerzego Buzka - człowiek znany z łagodnego usposobienia, zamiłowania do muzyki poważnej i silnej niechęci do podejmowania poważnych decyzji (przez współpracowników z resortu skarbu nazywany był ministrem "nie, nie, tak, tak"). Pod dokumentem zabrakło wprawdzie jego nazwiska, ale podpisało się troje pozostałych członków zarządu. Dwoje z tej trójki do dziś pracuje w spółce.

- Tak naprawdę nie było przeszkód, by Stoen przejął od nas Ursus-Media, zanim ogłosiliśmy przetarg. Mieliśmy tego samego właściciela - Skarb Państwa - i można było się dogadać. Stoen wiedział o spółce od chwili jej powołania. Mówił, że jest zainteresowany, ale nic nie robił - relacjonuje Stanisław Bortkiewicz.

Przetarg unieważniono. Jak twierdzi Stanisław Bortkiewicz - po konsultacjach z ministerstwem skarbu. Stoen od razu rozpoczął audyt. Ale sprawa się przeciągała.

- Nam ten układ był bardzo na rękę. Uznaliśmy, że skoro zamroziliśmy dla nich składnik majątku, należy nam się coś w zamian. Przestaliśmy płacić za prąd, wychodząc z założenia, że nasze zobowiązania zostaną rozliczone w ramach planowanej sprzedaży Ursus-Media. Wówczas nie mieliśmy jeszcze na to pisemnej zgody Stoenu - przyznaje prezes ZPC Ursus.

Audyty trwały do lutego 2001 r. - niemal półtora roku. Tymczasem - jak twierdzi prezes Ursusa - Stoen zorientował się, że w skład majątku Ursus-Media wchodzi m.in. infrastruktura wodna, gazowa i cieplna, na której dystrybutor energii elektrycznej się nie zna i której nie potrzebuje. Ambitnie jednak postanowił zbudować konsorcjum.

- Bardzo współczułem Stoenowi, bo utworzenie tego konsorcjum było niezwykle skomplikowane logistycznie - mówi, nie kryjąc ironii, Stanisław Bortkiewicz.

Potencjalnych partnerów było wielu. Przewinął się wśród nich m.in. szwedzki koncern energetyczny Vattenfall, inwestor w Elektrociepłowniach Warszawskich, i brytyjska firma Rolls-Royce Power Ventures, inwestująca w małą energetykę cieplną.

- Niewielkim udziałem była zainteresowana nawet gmina, bo burmistrzowi Linowskiemu bardzo zależało, by przyciągnąć do Ursusa inwestorów. Stoen rozmawiał też podobno z Miejskim Przedsiębiorstwem Wodociągów i Kanalizacji i Polskim Górnictwem Naftowym i Gazownictwem - wylicza prezes ZPC Ursus.

Biegły, badający bilans Ursusa za 2000 r., zwrócił uwagę na rosnące zobowiązania spółki z tytułu dostaw energii i zalecił, by "coś z tym zrobić". Na koniec roku ZPC były winne Stoenowi prawie 22 mln zł - taką kwotę umieszczono w porozumieniu, spisanym przez zarządy spółek 21 lutego 2001 r. Prezesowi Bortkiewiczowi zależało na "zalegalizowaniu" przedłużającego się braku płatności, bo w sądzie okręgowym na rozpatrzenie czekały pozwy Stoenu, dotyczące dochodzenia wierzytelności - tzw. nakazówki. Choć nigdy ich nie wycofano, szef Ursusa osiągnął cel. Strony porozumienia zobowiązały się zawrzeć umowę zwalniającą Ursus ze spłaty długu w zamian za przekazanie Stoenowi udziałów w Ursus-Media.

W dokumencie zapisano m.in., że "wartość księgowa/rynkowa została przez Strony ustalona" na kwotę ponad 25,4 mln zł. Wzrost w stosunku do ceny wywoławczej w przetargu wiązał się - zdaniem prezesa Bortkiewicza - z wniesieniem do spółki ciepłowni, którą był ponoć zainteresowany potencjalny partner Stoenu - Rolls-Royce.

- Brytyjczycy rozważali odkupienie od nas spółki Ursus-Media. To byli bardzo poważni partnerzy. Mieliśmy szansę odzyskać gotówkę - twierdzi Grzegorz Popielarz, formalnie ówczesny członek zarządu oraz dyrektor ds. marketingu i handlu w Stoenie, nieformalnie - uchodzący za kogoś niemal samodzielnie kierującego całą spółką

Z chwilą zawarcia umowy (do 31 marca 2001 r.), pozwy złożone przez Stoen przeciw Ursusowi miały zostać wycofane. W aneksach termin przesuwano dwukrotnie - najpierw na 30 czerwca, a potem na 15 listopada 2001 r.

- Pod koniec listopada zaczęły się nerwowe ruchy. Było po wyborach i zarząd Stoenu spodziewał się, że nie zagrzeje już długo miejsca w spółce. Nie chciał przedłużać porozumienia. Zaczął chodzić z wierzytelnościami do sądu. Nie zamierzał sam ich windykować, chciał tylko dostać nakaz zapłaty. Ale w sądzie pokazywaliśmy porozumienie i sędzia "pukał się w czoło" - opowiada, nie bez satysfakcji, Stanisław Bortkiewicz.

Wynikiem kolejnego spotkania zarządów, z 30 listopada 2001 r., był dokument nazwany "Protokołem ustaleń". Uzgodniono, że do 5 grudnia strony podpiszą umowę najmu stacji transformatorowych, należących do Ursusa - a nie, jak podobno sądził wcześniej zarząd Stoenu, do Ursus-Media. Warunkowa umowa przedwstępna ich sprzedaży miała być zawarta do 10 grudnia. Według Stanisława Bortkiewicza to właśnie na stacjach od początku zależało Stoenowi, ale zarząd dystrybutora "dopiero wtedy zorientował się", że należą one do Ursus-Media tylko w niewielkiej części.

- Przez dwa lata budowali konsorcja, jeździli w delegacje, a tu nagle taka eureka! - komentuje złośliwie szef Ursusa.

Mimo to do 5 grudnia Stoen miał również zaprojektować przedwstępną umowę kupna 100 proc. udziałów w Ursus-Media. Jej podpisanie miało nastąpić w ciągu trzech tygodni. Według Grzegorza Popielarza, Stoen wciąż zachowywał szansę odsprzedania spółki koncernowi Rolls-Royce. Jeśli rzeczywiście taka szansa istniała, Stoen nigdy jej nie wykorzystał.

- Nie starczyło czasu... Rolls-Royce to duża firma i obowiązują w niej określone procedury podejmowania decyzji. Nie byliśmy w stanie niczego przyspieszyć - przekonuje były członek zarządu Stoenu.

Jak twierdzi, Brytyjczycy byli zainteresowani projektem jeszcze w 2002 r. - już po zmianach w zarządzie dystrybutora.

- Kiedy w kwietniu próbowali spotkać się z nowym prezesem, z tym z farmacji (chodzi o Zbigniewa Bejmę, wcześniej szefa Polfy Poznań - przyp. red.), usłyszeli, że owszem znajdzie dla nich czas, ale w lipcu. Co mieli robić? Spakowali walizki i wrócili do Londynu - mówi Grzegorz Popielarz.

Termin sfinalizowania transakcji przejęcia przez Stoen spółki Ursus-Media miał być wyznaczony w umowie przedwstępnej. Strony ustaliły, że będzie to zarazem nowa data wygaśnięcia pierwszego porozumienia między zarządami - z 21 lutego. I o to tak naprawdę chodziło Ursusowi. Stanisław Bortkiewicz uznał, że to wystarczająca "podkładka", by nadal nie płacić za prąd.

- Zgodnie z zapisami protokołu, do 3 grudnia przedstawiliśmy Stoenowi listę biegłych, spośród których dystrybutor miał wybrać tych, którzy wycenią stacje trafo. Wybrał. Zapłaciliśmy pół na pół. Pierwsza wycena opiewała na 50 mln zł, ale Stoen ją zakwestionował i stanęło na 40,1 mln zł. Tej wyceny Stoen również nie uznał. Zaproponował kolejną, którą miała zrobić firma PriceWatterhouseCoopers, ale tym razem my się nie zgodziliśmy, bo nie mieściło się to w warunkach porozumienia. Wtedy Stoen zlecił wycenę swoim pracownikom. Według nich, stacje wraz z działkami były warte 15 mln zł. I tak się boksowaliśmy przez cały 2002 rok... - wspomina prezes Ursusa.

Grzegorz Popielarz pamięta inny przebieg wydarzeń.

- Od razu powołaliśmy komisję techniczną, która oceniła wartość tego majątku na 15 mln zł. Dopiero później Ursus zażądał wyceny z udziałem biegłego. Dokonaliśmy wyboru, ale z listy przedstawionej przez zarząd Ursusa. Wynik "ekspertyzy" opiewał na 40 mln zł. Nic dziwnego, skoro na liście były firmy pracujące wcześniej dla Ursusa... - mówi były członek władz spółki dystrybucyjnej.

Według Stanisława Bortkiewicza, w tych przepychankach uczestniczył już częściowo wymieniony zarząd Stoenu. Na początku 2002 r., zgodnie z przewidywaniami, "polecieli" bowiem Krzysztof Konaszewski i Grzegorz Popielarz. Los obu panów był przesądzony przede wszystkim dlatego, że do spółki trafili z nadania politycznego poprzedniej, "prawicowej" ekipy. Oficjalnie dwaj członkowie zarządu dystrybutora stracili posady w związku ze sprawą Ursusa - pod pretekstem nieodpowiedzialnej sprzedaży części wierzytelności. Sprzedano ją śląskiej spółce Habur, która w zamian przejęła od Ursusa grunt, wyceniony na 3,8 mln zł.

- To było pod koniec listopada 2001 r. Zarząd Stoenu już się bał i bardzo chciał mieć na koncie jakiś sukces. Ten sam grunt proponowaliśmy wcześniej Stoenowi i gotowi byliśmy go sprzedać za niższą cenę. Ale nie był zainteresowany - mówi Stanisław Bortkiewicz.

- Nieprawda! Skierowana do nas w październiku 2001 r. oferta Ursusa opiewała na 12 mln zł - komentuje Grzegorz Popielarz.

- Cena była do negocjacji - twierdzi szef ZPC.

Krzysztof Konaszewski nie jest pewien, ale - o ile dobrze sobie przypomina - grunty proponowane Stoenowi przez Ursus miały nieuporządkowane sprawy własnościowe.

Niestety Stoen nie dostał za sprzedany Haburowi dług ani grosza.

Więcej w piatkowym "Pulsie Biznesu". Zapraszamy do lektury!

Agnieszka Berger

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Tematy

Puls Biznesu

Prawo / Piątek w PB: Stoen kontra URSUS - bez prądu pod prąd