Pieniądze chciane, czyli niechciane

Jacek ZalewskiJacek Zalewski
opublikowano: 2022-06-01 20:00

Epopeja zatwierdzania przez Komisję Europejską (KE) naszego Krajowego Planu Odbudowy i Zwiększania Odporności (przyjęto skrót KPO) trwa już blisko rok i końca nie widać.

Posłuchaj
Speaker icon
Zostań subskrybentem
i słuchaj tego oraz wielu innych artykułów w pb.pl
Subskrypcja

Według premiera Mateusza Morawieckiego przełomem ma być w czwartek po południu wizyta przewodniczącej Ursuli von der Leyen w Warszawie. Naprawdę jednak lepiej poczekać na konkrety prawne po dokonaniu w środę warunkowego zaakceptowania politycznego naszego KPO przez KE. Następnym ważnym krokiem na ścieżce decyzyjnej powinno być 17 czerwca posiedzenie ministerialnej Rady UE do Spraw Gospodarczych i Finansowych (ECOFIN). Jeśli wypłata dla Polski zostanie zatwierdzona, to być może już po wakacjach spłynie wreszcie z Brukseli pierwsza transza pieniędzy finansujących KPO.

Wątkiem ściśle powiązanym jest procedowana właśnie nowelizacja ustawy o Sądzie Najwyższym. Po poprawkach wniesionych przez Senat zostanie ukończona na posiedzeniu Sejmu 8-9 czerwca. Na razie trudno powiedzieć, jaki ostatecznie kształt otrzyma na podpisowe biurko prezydent i czy pozna swoją wersję wyjściową. Andrzej Duda wniósł projekt do Sejmu i natychmiast pojechał z nim 7 lutego do Brukseli, żeby pochwalić się szefom instytucji UE z intencją przełamania pata w sprawie KPO. W czwartek podczas rozmowy w Belwederze przewodnicząca KE zapewne logicznie zapyta gospodarza, kiedy tamten projekt z lutego i w jakim kształcie wejdzie w życie – ale konkretnej odpowiedzi nie usłyszy.

Komisja Europejska pod przewodem Ursuli von der Leyen po ponad roku przetrzymywania wreszcie zapaliła zielone światło dla polskiego KPO, ale postawiła warunki. Fot. EC

Polska klasa polityczna zachowuje się w sprawie KPO zdumiewająco. Potrzebę uzyskania miliardów zgodnie akceptuje, ale zarazem licytuje się w przypominaniu, kto i w jakich okolicznościach tych pieniędzy… nie chciał. Strona rządowa przypomina sejmową ratyfikację ustawy o udziale Polski w dochodach unijnego Instrumentu Odbudowy i Zwiększania Odporności, rozpisanego na 27 planów krajowych. W sumie najbardziej stabilnie wszędzie głosowało… PSL. Lewica także, ale jej zagrywką bardzo nie fair było przedwczesne zadeklarowanie rządowi poparcia ratyfikacji w Sejmie, mogła w KPO uzyskać znacznie więcej.

Wszyscy pozostali natomiast czynili zło, które starają się rozgrzeszać. PiS nie poparło unijnych zasobów 16 września 2020 r. w pierwotnym, fundamentalnym głosowaniu w Parlamencie Europejskim (PE) – wtedy 23 członków delegacji się wstrzymało, a 4 pod przewodem Beaty Szydło w ogóle było przeciw! Rząd roztrwonił na początku 2021 r. dużo czasu, opóźniając przyjęcie projektu jednozdaniowej ustawy ratyfikacyjnej od 16 lutego aż do 27 kwietnia, ze względu na strach przed Zbigniewem Ziobrą. KO/PO postąpiła odwrotnie – głosowała prawidłowo w PE, natomiast zbłaźniła się niepojętym wstrzymaniem się od głosu nad ratyfikacją w Sejmie. Potem niepotrzebnie zgubiła kilkanaście dni w Senacie, albowiem forsowana tzw. preambuła była niedorzecznością. O Solidarnej Polsce oraz Konfederacji nie ma co wspominać, trwale zabetonowały się antyunijnie.

Pytałem europosłów o przyczyny niepoparcia systemu zasobów własnych UE, czyli zarazem naszego KPO. Radosław Sikorski z PO/KO odpowiedział, że w Sejmie chodziło o to „żeby Kaczyński nie rozkradł pieniędzy”. Na drugim biegunie Kosma Złotowski z PiS wymyślił wersję, czemu cała delegacja PiS nie poparła w PE systemu zasobów własnych – otóż nie chciała… palić rządowi taktyki negocjacyjnej w sprawie słynnego weta przed szczytem budżetowym Rady Europejskiej 10-11 grudnia 2020 r. Generalny wniosek brzmi zatem następująco – pieniędzy z tak oczekiwanego KPO pożądają wszyscy, ale w sprawie źródeł jego sfinansowania główne partie nie mają czystych sumień.