Piłkarski biznes też trafia na rafy

16-10-2014, 00:00

Przeciwdziałania FIFA i UEFA przeciw zagrożeniom na trybunach i wokół prowadzą czasem do paranoi

Wszechwładne centrale rządzące ze Szwajcarii piłką nożną — FIFA z Zurychu, a UEFA z Nyonu — robią wszystko, żeby ich fantastyczny biznes kręcił się bez wstrząsów. Dlatego zrozumiałe jest przeciwdziałanie choćby potencjalnym zagrożeniom na trybunach i wokół. Czasem prowadzi to jednak do paranoi.

Na pewno jest nią wprowadzony przez UEFA na mecze eliminacyjne do EURO 2016 zakaz transmitowania spotkań na wielkich telebimach wewnątrz stadionów. Że nie ma powtórek — można zrozumieć, chodzi o to by kilkadziesiąt tysięcy kibiców nie mogło weryfikować błędów sędziów. Tęgie głowy w Nyonie uznały jednak, że zbliżenia choćby na żywo to też za wiele i publiczności pozostawiono tylko własne oczy. Paradoksalnie zatem szczęśliwcy oglądający z trybun Stadionu Narodowego mecze Polski z Niemcami i Szkocją byli poinformowani… gorzej od telewidzów, chociaż oczywiście równoważyli to sobie przeżyciami duchowymi.

FIFA i UEFA dmuchają na zimne także w kontekście politycznym. Nie chcą mieć problemów, dlatego unikają organizowania meczów wysokiego ryzyka, ale chodzi tu nie o konflikty międzyklubowe (tych nikt nie ogarnie), lecz międzypaństwowe. Przy losowaniu grup eliminacyjnych z góry wykluczane jest trafienie na siebie takich par jak Rosja i Gruzja, Armenia i Azerbejdżan, obecnie dojdzie do tego duet Rosji i Ukrainy. Centrala UEFA wykazała się jednak strasznym nieuctwem, skoro zakazem gry w jednej grupie nie objęła także pary Serbii z Albanią.

Nie może oburzać się na wydarzenia ze stadionu w Belgradzie, gdzie pozbawieni wstępu kibice albańscy uderzyli z powietrza… dronem z flagą ich mitycznej Wielkiej Albanii. Za wszystko, co stało się potem, łącznie z zamieszkami i przerwaniem meczu, odpowiada w pierwszej kolejności UEFA.

We wtorek w Warszawie mieli swój wielki dzień Szkoci.

Nie chodzi stricte o piłkarzy, lecz o ich całościową reprezentację narodową, czyli rzeszę fantastycznych kibiców. Widziałem wśród nich zwolenników niepodległości ze znaczkami „Yes” z niedawnego referendum. Dla nich flaga z krzyżem św. Andrzeja oraz własny hymn to w tej chwili jedyne namiastki niepodległości, którymi mogą się pochwalić społeczności międzynarodowej.

Także w futbolu może realizować swoje niepodległościowe aspiracje Katalonia, która nie przeprowadzi 9 listopada referendum. Podczas meczów Barcelony na Camp Nou w 17 minucie i 14 sekundzie każdej połowy dziewięćdziesiąt tysięcy ludzi wstaje i skanduje: „In… inde… independencia!”. Tak upamiętniane jest utracenie przez Katalonię niepodległości w 1714 r. Na szczęście FIFA i UEFA nie śmią ingerować w te oczywiste demonstracje polityczne, głośne także podczas oficjalnych spotkań Barcy.

Traktowana jako jednorazówka murawa na Stadionie Narodowym jest już likwidowana. Spotkania z Niemcami i Szkocją rozegrane zostały zwyczajnie pod gołym niebem, mityczny dach czekał w odwodzie na pogodową czarną godzinę, która nie nadeszła. 23 października wyniki obu spotkań zaznaczą się w uaktualnionym rankingu FIFA. Polska na pewno awansuje z obecnego 70. miejsca, nie wiadomo na razie, o ile wyżej. Osobiście trzymam mocno kciuki, abyśmy w globalnym wyścigu przeskoczyli zajmujące obecnie 48. pozycję Burkina Faso.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Jacek Zalewski

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Świat / Piłkarski biznes też trafia na rafy