Piłkarz inwestycją wysokiego ryzyka

Na fali kryzysu spopularyzowały się inwestycje alternatywne. Jedną z nich może być quasi- niewolnik zwany piłkarzem. Nawet dziecko

Pięć goli w czterech meczach (dwóch ligowych i jednym pucharowym) strzelił Eduards Visnakovs. To nowy piłkarz łódzkiego Widzewa. Pojawił się w Łodzi, mimo że PZPN zakazał klubowi transferów gotówkowych i płacenia nowym zawodnikom więcej niż 5 tys. zł brutto miesięcznie. Łotysza kupił dla swojej ukochanej drużyny Grzegorz Waranecki, współwłaściciel firmy Sailing, handlującej sztuczną biżuterią. W wywiadzie udzielonym tuż po transakcji serwisowi Sport.pl deklarował, że w przypadku odsprzedaży piłkarza innemu klubowi wycofa swoje koszty, a ewentualny zysk i tak przeznaczy na pomoc klubowi.

— Nie zabezpieczyłem się w sposób formalny. Mam dżentelmeńską umowę z prezesem Widzewa — deklaruje Grzegorz Waranecki. Do łódzkiego klubu na podobnej zasadzie mogą trafić kolejni piłkarze.

Za granicą i w Polsce

Pomoc klubowi można jednak połączyć z typową inwestycją. Skoro inwestuje się w ziemię, złoto czy wino, to dlaczego nie w piłkarza? Tak właśnie postąpił Norweg Yngvar Borgersen, fan klubu Odds Ballklubb — podobnie jak Widzew, z piękną tradycją, ale ostatnio nieprzędącego najlepiej. Wiosną 2013 r. wygrał na loterii 102 mln koron (prawie 200 mln zł) i za 10 mln koron ściągnął do klubu zawodnika grającego w reprezentacji Norwegii — Fredrika Berge.

— Gram od lat w gry liczbowe i to, że trafiłem główną wygraną, nie oznacza, że będę rozdawać pieniądze. To ciężka psychicznie praca. Zamierzam więc je inwestować, i to w bardzo szerokim portfelu. Mój kontrakt stanowi wyraźnie, że w przypadku przejścia Berge do innego klubu otrzymam 25 proc. sumy transferu. To dla mnie poważna inwestycja — podkreślał po transakcji Yngvar Borgersen.

Transfer Brazylijczyka Neymara do FC Barcelony pokazuje, że można zarobić. Choć klub Santos miał do niego najwięcej praw (55 proc.), to dwa inne podmioty mogły wyciągnąć 40 i 5 proc. z kwoty transferu. Ile dokładnie — nie wiadomo, bo po transakcji wszyscy uważali, że dostali za mało. Sama Barcelona stwierdziła, że zapłaciła 57 mln EUR. Podobnie bywa i w Polsce, choć chętnych do mówienia o tym jest niewielu, a pieniądze również nie te same. Do tego jest to inwestycja wysokiego ryzyka.

— Było u nas kilka takich przypadków, tyle że nietrafionych. Piłkarzy nie udało się sprzedać drożej — przyznaje Cezary Kulesza, prezes Jagiellonii Białystok. Udział inwestora w przychodach z przyszłego transferu jest oczywiście kwestią indywidualnych negocjacji. Cezary Kulesza ujawnia, że zależy m.in. od tego, czy inwestor finansuje transfer sam, czy również pensję zawodnika. Pieniądze na tę ostatnią wykłada np. Grzegorz Waranecki. Wszystko lege artis — będzie płacił nie za kopanie piłki, lecz za reklamowanie biżuterii.

Handel dziećmi

Kwota inwestycji w piłkarza zależy oczywiście od poziomu rozgrywek, w których uczestniczy. Jeśli zainwestuje się w odpowiednio młodego, wystarczy kilka tysięcy złotych, bo nawet za zmianę klubu przez dziecko trzeba płacić. Zetknął się z tym Jarosław Miller, prawnik w jednej z międzynarodowych kancelarii. Chciał przenieść swoich synów (13- i 11-letniego) z dziecięcej drużyny klubu ligi okręgowej (czyli piątej) do dziecięcej drużyny klubu III ligi (czyli czwartej). Mocno się jednak zdziwił, gdy pierwszy klub zażądał od niego 6 tys. zł za wydanie tzw. kart zawodników.

— Bez tej karty dziecko może trenować, ale nie może grać w żadnych rozgrywkach. Jak to wytłumaczyć 13-letniemu chłopcu — pyta retorycznie Jarosław Miller.

— Nie ma już czegoś takiego jak karta zawodnika. Klub, z którego ma odejść, musi go jednak wyrejestrować w okręgowym związku piłki nożnej, by nowy mógł go zarejestrować. To się potocznie nazywa kartą zawodnika — precyzuje Dariusz Smagorowicz, prezes Ruchu Chorzów.

Według Dariusza Smagorowicza i Jarosława Millera, PZPN ma na to oficjalny cennik — formalnie chodzi o tzw. ekwiwalent szkoleniowy.

— Jeżeli nie ma kontraktu zawodowego, to nie ma przepisów nakazujących płacenie za zmianę klubu przez 13-latka — zapewnia Jakub Kwiatkowski, rzecznik PZPN.

— Uważam, że to absurdalne, ale jeśli 13-latek grający choćby w uczniowskim klubie sportowym jest zarejestrowany w związku, a wcześniej rodzic sobie tego formalnie nie zastrzegł, to ktoś musi ten ekwiwalent zapłacić. Nie ma przy tym co ukrywać — rodzice, oddając dziecko do klubu, podpisują masę dokumentów, ale nie wnikają w ich sens. Zresztą negocjacje tej kwestii są trudne. Klub zawsze może powiedzieć: nie ma przymusu, by chłopak grał właśnie u nas — komentuje Dariusz Smagorowicz.

Jarosław Miller stargował cenę do 3 tys. zł, ale niesmak pozostał.

— Mnie akurat było stać. Ale co z chłopcami, którzy są lepsi od moich synów, piłka jest dla nich całym światem, a ich rodziców nie stać na zapłacenie kilku tysięcy złotych za zmianę klubu na dający lepsze możliwości rozwoju — pyta Jarosław Miller.

I tu właśnie jest szansa dla inwestorów z całkiem małym portfelem. A nuż z dzieciaka wyrośnie prawdziwa gwiazda.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Kamil Kosiński

Najważniejsze dzisiaj

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Tematy

Puls Biznesu

Puls Inwestora / Piłkarz inwestycją wysokiego ryzyka