PKO BP ujawnił aferę, oszuści zatrzymani

Piotr Nisztor
opublikowano: 2012-08-14 00:00

Największy polski bank wykrył, że pracownicy brali udział w wyłudzeniu blisko 32 mln zł. Ale prokuratura nie chciała zająć się sprawą.

W piątek policja pochwaliła się, że aresztowała trzy osoby w związku z oszustwami na ponad 32 mln zł, na szkodę jednego z banków. „Puls Biznesu” ustalił, że poszkodowanym jest PKO BP, który sam wykrył nieprawidłowości. Po przeprowadzeniu postępowania wewnętrznego, zarząd banku w listopadzie 2010 r. powiadomił prokuraturę o oszustwach przy udzielaniu wielomilionowych kredytów.

Sądowa interwencja

Z ustaleń „PB” wynika jednak, że początkowo prokuratura odmówiła wszczęcia śledztwa w tej sprawie. Bank jednak nie zrezygnował i wniósł do sądu zażalenie. Ten w czerwcu 2011 r. zdecydował o skierowaniu do prokuratury wniosku o zajęcie się sprawą. Dopiero wówczas Prokuratura Rejonowa Warszawa-Żoliborz wszczęła śledztwo w sprawie wielomilionowych oszustw.

Po roku okazało się, że informacje przekazane przez bank się potwierdziły. Śledczy ustalili, że miało dojść do wyłudzenia z PKO BP w sumie blisko 32 mln zł.

Pieniądze były wypłacane na podstawie niekompletnej, często sfałszowanej dokumentacji kredytowej. Dodatkowo dzięki poufnym hasłom uruchomiono kapitały trzykrotnie przekraczające wartość wątpliwych kredytów. Pieniądze były następnie transferowane na konta bankowe znajdujące się także za granicą.

Z nieoficjalnych informacji „PB” wynika, że PKO BP nie poniesie strat nawet jeśli nie uda się odzyskać wyłudzonych pieniędzy. Pokryje je ubezpieczyciel. — Bez komentarza — mówi Elżbieta Anders, rzeczniczka PKO BP.

PKO BP nie poniesie strat, nawet jeśli nie uda się odzyskać wyłudzonych pieniędzy. Pokryje je ubezpieczyciel.

List gończy

Według śledczych, do przestępstwa miało dojść w okresie od 18 listopada 2009 r. do 21 czerwca 2011 r. W proceder zamieszane są przynajmniej cztery osoby. Trzy z nich zostały zatrzymane w ubiegłym tygodniu przez stołecznych policjantów.

Leszek Z., były dyrektor oddziału PKO BP w Łomiankach, usłyszał zarzuty niegospodarności i działania w celu osiągnięcia korzyści majątkowej.

Zawarł bowiem dwie umowy kredytowe z Adamem B. na 10 mln zł i 680 tys. zł z naruszeniem wewnętrznych zasad funkcjonujących w banku, bez należytej weryfikacji przedłożonych dokumentów. Ewa B., pracownica tego oddziału, podwładna Leszka Z., nie tylko wypłaciła kwoty opiewające na umowach kredytowych, ale również doprowadziła do wyprowadzenia z PKO BP bez żadnych podstaw kolejnych ponad 20 mln zł.

W sumie przez jej działanie bank stracił 32 mln zł. Pieniądze trafiły na konta wskazane przez biznesmena Adama B., który również usłyszał zarzuty związane z wyłudzeniempieniędzy i oszustwem. W ubiegłym tygodniu sąd zdecydował o aresztowaniu na dwa miesiące zarówno Adama B., jak i Ewy B.

Czwartą osobą, której prokuratura zamierza przedstawić zarzuty związane z wyłudzeniem z PKO BP pieniędzy, jest kobieta, przez której konta bankowe przepuszczono część pieniędzy. Dariusz Ślepokura z Prokuratury Okręgowej w Warszawie, nadzorującej żoliborskich śledczych, przyznaje w rozmowie z „PB”, że najprawdopodobniej zostanie za nią wydany list gończy.

— Na razie ustalamy jej miejsce pobytu — podkreśla Dariusz Ślepokura. Postępowanie PKO BP chwali Andrzej Barcikowski, były szef Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego, dziś dyrektor w Narodowym Banku Polskim.

— W takich sytuacjach bank zawsze powinien zachowywać się otwarcie i nie ukrywać problemu. W ten sposób na dłuższą metę wygrywa i buduje do siebie zaufanie. Ukrywanie problemu prędzej czy później wyjdzie na jaw, a wówczas straty wizerunkowe są bardzo duże — podkreśla Andrzej Barcikowski.