Na plaży Carbis Bay w Kornwalii, czyli na wchodzącym w Atlantyk szpicu wyspy Wielka Brytania, mogli wreszcie zebrać się fizycznie pierwszy raz od wybuchu pandemii COVID-19. Polityków kurtuazyjnie zaszczyciła bytnością królowa Elżbieta II, zatem np. Kanada ze zdumieniem zobaczyła 95-letnią głowę owej monarchii konstytucyjnej obok 49-letniego premiera Justina Trudeau – to pełna egzotyka, nie tylko rocznikowa.
Tradycyjnie protestujący w okolicach szczytu alterglobaliści podważali sens istnienia G7. Zasadnie podkreślali, że to jedna wielka „ekościema”. Międzynarodowy status prawny G7 jest dokładnie zerowy, to zawiązany w 1975 r. (jako G6, Kanada doszła rok później) samozwańczy klub najbardziej uprzemysłowionych potęg Zachodu, chociaż od początku z udziałem Japonii. Od 1997 r. dołączenie Rosji zmieniło formułę na G8, ale po zaborze Krymu w 2014 r. Władimir Putin został wyrzucony. Archaiczność G7/G8 stwierdzili inni ambitni władcy i od 1999 r. wymusili powstanie równie samozwańczego klubu G20, którego fundamentem stała się reprezentatywność kontynentalna. Notabene ta szersza grupa będzie miała odrębny szczyt 30-31 października w Rzymie, także z nadzieją na formułę stacjonarną. Członkostwo w obu klubach nie zależy tylko od PKB per capita, poza suchymi liczbami ważne są kryteria geopolityczne. Dlatego słyszalne od czasu do czasu z kręgów władców z PiS potrząsanie szabelką, że Polsce należałoby się miejsce w G20 (chyba po… usunięciu dołującej gospodarczo Argentyny) to oczywista niedorzeczność. Przecież zarówno w G20, jak też w G7 jesteśmy reprezentowani, ale przez pośredników, czyli stale uczestniczących szefów instytucji Unii Europejskiej. Biorąc jednak pod uwagę aktualny stan relacji rządowo-unijnych – Polska teraz w Kornwalii nie była obecna nawet wspólnotowo.

Prawdziwi wielcy nieobecni rozmów w Carbis Bay to jednak Chiny i Rosja. Notabene kilku udziałowców szerszej G20 na szczyt G7 zaproszono, m.in. Australię i Indie. Bez dwóch wspomnianych potęg obszarowo-militarnych nieefektywne są jednak wszelkie dyskusje globalne, czy to o klimacie, czy o zduszeniu COVID-19. W tym kontekście niewątpliwie lepiej sprawdza się formuła G20. Brak Chin i Rosji dodatkowo symbolizował narastanie konfrontacji między Zachodem a reżimami Wschodu. Co do Rosji, to nieprzyjazność obecnych relacji silnie potwierdzi poniedziałkowy szczyt NATO w Brukseli. Natomiast Chiny zostały już półoficjalnie oskarżone przez G7 o zainfekowanie ludzkości zarazkami SARS-CoV-2. Wyciek z Wuhan potwierdzają także chińscy komuniści, ale kategorycznie odrzucając zarzuty, że prawdziwą przyczyną było hodowanie nowego koronawirusa w tamtejszym laboratorium. Światowa Organizacja Zdrowia (WHO) jest już o tym przekonana, ale nie ma dowodów. Tedros Adhanom Ghebreyesus, dyrektor generalny WHO, na szczycie G7 upominał się wobec potentatów przede wszystkim o sfinansowanie zaszczepienia przeciw koronawirusowi ubogich krajów. Potrzeby oszacował na 11 mld dawek, zasugerował także kalendarz – zaszczepienie 70 proc. populacji świata do czasu przyszłorocznego szczytu G7 w Niemczech. Uzyskał dosyć konkretne obietnice, głównie od prezydenta USA, chociaż tylko na część puli, znacznie większą zrzutkę powinna zadeklarować G20 w październiku. Natomiast prawdopodobieństwo przyznania się Chin, że globalna zaraza to broń biologiczna stworzona przez człowieka, wynosi dokładnie zero.