Nie wszystkie zaległości udało się nadrobić. Walka z opieszałością sądów, upolitycznieniem administracji czy zastojem reform potrwa dłużej.
W ostatnim listopadowym raporcie oceniającym stan przygotowania kandydatów do członkostwa w Unii Europejskiej Komisja Europejska wytknęła nam sporo zaległości i zaniedbań.
Bicie na alarm
Komisja zarzuciła nam m.in. upolitycznienie administracji, korupcję, opieszałość sądów, wyjątkowo przewlekłą restrukturyzację i prywatyzację, reformatorski zastój czy wreszcie odpływ inwestycji zagranicznych. „Polska gospodarka staje się coraz mniej atrakcyjna dla zagranicznych inwestorów” — alarmowali unijni urzędnicy. Zdaniem przedstawicieli rządu, KE nie wzięła pod uwagę przygotowań do wielkiej reformy premiera Hausnera. Ta jednak nadal pozostaje w sferze planów. Obok zaległości strukturalnych KE wyłuszczyła z wyjątkową skrupulatnością wszystkie niedociągnięcia w naszych zobowiązaniach uzgodnionych w toku negocjacji. Polska otrzymała dziewięć poważnych ostrzeżeń w trzech obszarach: swobodnym przepływie osób, rolnictwie i rybołówstwie. Zdaniem Danuty Hübner, ministra ds. europejskich, w każdej z tych dziedzin poczyniono pewne postępy, a większość z nich być może uda się rozwiązać do dnia członkostwa. Tak jest np. w rybołówstwie. Jak podkreśla Lech Kępczyński, dyrektor departamentu rybołówstwa w resorcie rolnictwa, niemal wszystkie zaległości zostały wyeliminowane.
Czarna lista
Najgorzej jest z systemem IACS, potrzebnym do dystrybucji dopłat bezpośrednich dla rolników, przygotowaniami do wykorzystania unijnych funduszy czy dostosowaniem mleczarni i zakładów mięsnych. Każda z tych zaległości grozi albo utratą ogromnych środków finansowych lub — jak w przypadku przemysłu rolno-spożywczego — dość znaczącym wzrostem bezrobocia. Niewielkie są jednak nadzieje, by udało się z nimi uporać do dnia akcesji. Wszystko więc wskazuje na to, że to właśnie one otworzą przegląd postępów w dostosowaniach, który Bruksela ma zamiar opublikować jeszcze w styczniu.