Rewolucji nie będzie, bo zadba o to 50 organizacji związkowych
Pocztowcy będą dziś dyskutować nad planem naprawy. Ma on dać 500 mln zł oszczędności. Może być gorąco.
Poczta Polska (PP) stanęła pod ścianą. Wywalczone przez związki podwyżki sprawiły, że musi się zreformować.
— Dzięki wdrożeniu programu naprawczego będziemy ponownie osiągać zyski. Wzrost przychodów i ograniczenie kosztów pozwolą nam zniwelować 500 mln zł kosztów wynikających z podwyżek — mówi Mariusz Wnuk, zastępca dyrektora generalnego PP.
W tym roku PP prognozuje 300 mln zł straty. W przyszłym może być gorzej. Dyrekcja wini pracowników, którzy wywalczyli podwyżki, i Urząd Komunikacji Elektronicznej (UKE), który nie zgodził na podwyżki cen. PP zapomina jednak, że jest jedną z mniej efektywnych poczt na kontynencie.
Zabrakło dynamitu...
Dziś dyrekcja przedstawi związkom program naprawczy. We wstępnej wersji znalazły się hasła-dynamity: zmiana zasad zatrudnienia, systemu motywacyjnego, zwiększenie efektywności pracowników. Mówiło się o przesuwaniu na inne stanowiska pracowników administracyjnych, głównego źródła przerostów zatrudnienia. Kilka miesięcy temu Andrzej Polakowski, dyrektor generalny PP, mówił o przerostach rzędu 20 tys. osób. Niedawno się z tego wycofał.
Plan naprawczy mówił też o outsourcingu, cięciach kosztów w każdym obszarze: telefonów, delegacji czy aut służbowych. Każda zmiana praw pracowniczych w zatrudniającej 100 tys. osób firmie budzi ostry opór wielu z prawie 50 związków. Każdy dyrektor PP boi się jak ognia strajku, który sparaliżowałby kraj, więc próby reformy kończyły się często usztywnieniem zasad zatrudnienia i zwiększeniem kosztów. Dlatego też obecny plan naprawczy dyrekcja PP przygotowuje powoli. Związkowcy są niezadowoleni, bo na razie wszystko idzie... zbyt wolno.
— Kilka miesięcy temu przedstawiono nam program, w którym najważniejsze zmiany były odsunięte w czasie o kilka lat, a one powinny nastąpić szybko — mówi Andrzej Piekarz z pocztowej Solidarności.
...ale nie kontrowersji
Praktycznie każdy kojarzy PP głównie z długimi kolejkami i nieprzyjemną panią w okienku.
— Chcemy sprawić, by przeciętna osoba czekała w kolejce nie dłużej niż 10 minut — mówi Norbert Bąbiński, dyrektor biura sieci PP.
Co ciekawe, pocztowe statystyki pokazują, że 80 proc. klientów czeka w kolejce do 10 minut. Najgorzej jest w dużych miastach, po 16:00, a naprawdę źle — w Warszawie. Statystyki przygotowane przez firmę SMG/KRC mówią jednak, że po 16:00 trzeba czekać w kolejce średnio niecałe 6 min. Kłóci się to z doświadczeniami większości z nas.
Dyrektorzy urzędów dostali przykaz skracania kolejek dzięki bardziej elastycznemu podejściu do obsługi. Kolejki mają się zmniejszyć także dlatego, że PP chce likwidować placówki tam, gdzie nie ma dużego zapotrzebowania, a tworzyć je w miejscach, gdzie kolejki są najdłuższe. Ma to spotkać 400 placówek, a 200 ma być przekształcone w mniej kosztochłonne, np. filie.
Dyrekcja PP poprosiła też ministra infrastruktury, by zmienił wskaźnik dostępności urzędów na wsiach. Teraz musi mieć jeden na 65 km kw. Docelowo może to być nawet o 20 więcej. To oznacza likwidację części placówek.
Każdy taki pomysł jest kontrowersyjny, bo oznacza cięcie zatrudnienia. Co na to związkowcy? Dowiemy się dziś.