Podatek giełdowy nie wystraszył inwestorów

Janusz Lewandowski
opublikowano: 2005-03-11 00:00

Całkiem niedawno byłem uczestnikiem sporu o podatki giełdowe. Teraz wypada zrewidować wytaczane ówcześnie argumenty, ale tylko częściowo. Niechęć do fiskalizmu oczywiście pozostała. Powszechny obowiązek podatkowy, jak każda zdrowa reguła, zna wyjątki. Fiskus powinien ostrożnie wkraczać na tereny nowych zasiewów, gdzie najpierw musi coś wyrosnąć, zanim nastąpią podatkowe żniwa. Taki jest właśnie polski rynek kapitałowy.

Trzeba przyznać, że nie spełniły się czarne prognozy jego podcięcia po wprowadzeniu giełdowego PIT. Ostrzeżeniem było wypłoszenie drobnych inwestorów z giełdy w Budapeszcie. Na szczęście Warszawa nie naśladowała Budapesztu, a wręcz odwrotnie — lata 2004-05 zapiszą się dobrze w krótkiej historii odrodzonego rynku kapitałowego. Pomogła zarówno ogólna koniunktura, jak i ożywienie aktywności skarbu państwa w zakresie publicznych emisji. Pozostaje jednak w mocy druga część argumentacji, jakiej używali przeciwnicy opodatkowania. Potwierdza się kłopot techniczny, dotyczący potencjalnie 300 tys. inwestorów, którzy mierzą się właśnie z podatkiem giełdowym w gąszczu interpretacyjnych pułapek i niejasności. Płynie z tego kolejna lekcja — jeśli fiskus czyni nowe podboje, to techniczna strona ściągania podatku jest nie mniej ważna, aniżeli sama ochota sięgania do kieszeni. Żelazną regułą winno być vacatio legis, jako koło ratunkowe!

Janusz Lewandowski, europoseł PO