Już ponad rok liniowy podatek dochodowy od osób fizycznych przebija się w trudzie i znoju — pod patronatem medialnym „PB” — przez polityczny beton. Za każdym razem, gdy wydaje się, że został on trochę skruszony, wciąż wyłażą nowe pręty zbrojeniowe.
Musieliśmy przyjąć do wiadomości, że od 1 stycznia 2004 r. możliwe jest wprowadzenie jednolitego, 19-proc. PIT tylko dla osób prowadzących działalność gospodarczą. Na dodatek Rada Ministrów podjęła decyzję polityczną, iż będzie to jedynie oferta, obudowana warunkami zniechęcającymi podatników o wyższych dochodach do dobrowolnego przechodzenia na stawkę liniową. Kolejnym zaś, pokręconym prętem zbrojenia okazuje się tryb uchwalania nowych przepisów.
Rządowy projekt 80. (słownie: osiemdziesiątej) nowelizacji ustawy z 26 lipca 1991 r. o PIT zaliczył już 27 sierpnia pierwsze czytanie na posiedzeniu Sejmu i trafił do Komisji Finansów Publicznych. Aż do zakończenia drugiego czytania autor projektu ustawy może wprowadzać swoje poprawki. Rząd ma jednak problem — jego autopoprawki muszą przechodzić żmudną drogę uzgodnień międzyresortowych, a cenny czas ucieka. Posłowie mogą natomiast w pracach komisyjnych zgłaszać dowolne poprawki, bez oglądania się na jakiekolwiek uzgodnienia. W szczególności mogą wnosić jako własne na przykład poprawki przygotowane przez resort finansów...
Mechanizm obchodzenia sejmowej procedury — z którego rząd Leszka Millera postanowił skorzystać w odniesieniu do 19-proc. stawki PIT — był już przerabiany przez różne ekipy. Z czasów koalicji AWS-UW pamiętamy firmowanie rządowego projektu (również podatkowego) przez czterech posłów pod wodzą Stanisława Kracika. Taka ścieżka jest mętna legislacyjnie, ale dopuszczalna politycznie, jako że w ustroju parlamentarno-gabinetowym rząd staje się emanacją większości poselskiej. A propos — debata podatkowa przypomni wszystkim, iż od pół roku Polska ma rząd mniejszościowy, trwający głównie dzięki rozbiciu i ogólnemu bezhołowiu opozycji...