Podróże bogacą

Anna Dermont
opublikowano: 28-08-2006, 00:00

Wyprawa do Azji zmieniła jego życie. Dzięki niej odkrył w sobie smykałkę do biznesu.

W 1983 r. Włodzimierz Szczęsny wybrał się z żoną Anną na wyprawę trekkingową w Himalaje. Pewnego dnia trafili na jarmark w wiosce Manang. Na straganie zobaczył piękny naszyjnik z kości jaka. W sam raz dla żony. Tyle że nie miał go za co kupić.

— Zacząłem się targować. Trwało to ponad pięć godzin, ale w końcu kupiłem naszyjnik za rolkę czarno-białego filmu i parę wełnianych skarpet, które ściągnąłem z nóg — wspomina Włodzimierz Szczęsny.

Grunt to umieć sprzedać

Poważnie handel potraktował jednak dopiero w 1990 r., gdy nie widział już dla siebie perspektyw na państwowej posadzie. Spróbował założyć we Wrocławiu firmę budowlaną, ale się nie udało.

— Byłem inżynierem środowiska, ale nie miałem ani papierów majstra, ani praktyki u majstra. Urząd miasta nie zezwolił mi na działalność w branży budowlanej — opowiada Włodzimierz Szczęsny.

A że na początku lat 90. w polskich sklepach odzieżowych nie było w czym przebierać, postanowił otworzyć hurtownię z ciuchami i rajstopami. Na starcie pracowały w niej dwie osoby: założyciel oraz Andrzej Staroń, filozof i buddysta, który po zrobieniu doktoratu zrezygnował z pracy na uczelni i zajął się biznesem.

— Wzięliśmy 100 mln starych złotych kredytu na zakup ubrań w Tajlandii. Za odzież i bieliznę z Indii i Turcji oraz rajstopy z Włoch zapłaciliśmy z własnych oszczędności. Zastanawialiśmy się, czy czeka nas sukces czy plajta — mówi Włodzimierz Szczęsny.

Przez pierwsze trzy miesiące sprzedawali codziennie tysiące damskich majtek, podkoszulków i rajstop. Od poniedziałku do soboty handlowali w hurtowni, a w niedziele na największym wrocławskim targowisku.

— Stosowałem różne chwyty marketingowe. Jak nie było ruchu, zaczynałem przekładać ubrania tak, że robił się wokół sztuczny tłok: coś się działo, klienci podchodzili. Dzięki temu sprzedawały się nawet mało efektowne żółte sukienki z Tajlandii. W trzy dni rozeszło się ponad czterysta sztuk — śmieje się Włodzimierz Szczęsny.

Hobby — też biznes

W 1993 r. handel fatałaszkami przestał go jednak cieszyć. Chciał zarabiać na czymś, co kocha. A że jego wielką miłością są góry, otworzył we Wrocławiu sklep Skalnik z artykułami turystycznymi i sportowymi.

— Znałem potrzeby miłośników gór, bo sam od lat nim jestem — podkreśla właściciel Skalnika.

Ma na to dowody: uprawnienia przewodnika sudeckiego i taternika, organizację m.in. trekkingów w Himalaje, wspinaczek w Dolomitach, wędrówek przez Grenlandię, Islandię i Patagonię.

Ponieważ nie miał pieniędzy na reklamę, kupił kilka butelek wina, parę paczek ciastek i razem z rodziną witał w drzwiach pierwszych klientów.

— Po kilku godzinach musiałem sterować ruchem w sklepie — opowiada Włodzimierz Szczęsny.

Trzy lata potem kolejny sklep otworzył dopiero o 15.00, gdy przed wejściem ustawiła się długa kolejka. Pierwsze 60 osób, które zrobiły zakupy za 500 zł, otrzymało upominek — niektórzy polar wart 300 zł.

— To tańszy sposób promocji sklepu niż reklama w mediach, a efekty znacznie lepsze. Nasze hasło brzmi: nie ma tygodnia bez promocji. To działa — tłumaczy właściciel Skalnika.

W zespole siła

Potem było już z górki. W 1999 r. ruszył kolejny punkt sprzedaży, w 2005 — następny.

Skalnik to teraz sieć czterech sklepów we Wrocławiu. Amatorzy ekstremalnych wypraw i rekreacyjnych wycieczek znajdą w nich ubrania, sprzęt do spania, gotowania i dźwigania. Według Włodzimierza Szczęsnego źródłem powodzenia firmy jest nie tylko pasja właściciela, ale też odpowiedni dobór pracowników. Wśród fachowej załogi są m.in. instruktorzy narciarstwa, snowboardu, miłośnicy żagli, przewodnicy górscy, piloci wycieczek, a nawet mistrzyni Polski w krykiecie. Każdy z nich musiał przejść egzamin z geografii, psychologii i socjologii. Czemu? Właściciel nie wyobraża sobie, żeby sprzedawca nie umiał się dogadać z wymagającym klientem albo nie wiedział, gdzie są najatrakcyjniejsze lodowce.

— Wchodzi klient i mówi, że wybiera się na przykład na lodowiec Aletsch w Alpach. Wtedy handlowiec ma pole do popisu: — „Wie pan, tam jest strasznie ostre słońce. Potrzebne będą panu okulary z wysokim filtrem, a do tego...” — i sprzedaje — tłumaczy właściciel Skalnika.

Czy może dziwić, że dziennikarka Martyna Jakubowicz właśnie u nich zaopatrzyła się w buty na wyprawę na Mount Everest?

A założyciel Skalnika receptę na sukces ma prostą.

— Po pierwsze — mieć czworo dzieci, żeby było dla kogo pracować, po drugie — praca, po trzecie — praca z pasją — uśmiecha się Włodzimierz Szczęsny.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Anna Dermont

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Tematy