Podszepty i krzyki

Jacek Zalewski
opublikowano: 2007-01-22 00:00

Już drugi tydzień z niekłamanym zdumieniem obserwujemy, jak personalno-prestiżowa rywalizacja dwóch europosłów PO o przewodniczenie komisjom Parlamentu Europejskiego (PE) przekształciła się w sprawę wagi państwowej, nakręcającą kolejną spiralę konfliktu koalicji i opozycji.

Komunikat ogłoszony przez Platformę Obywatelską po wielogodzinnej naradzie sobotniej jest tak pokrętny, że jego interpretacje różnią się o 180 stopni. Dla mnie stało się jasne, iż Jacek Saryusz-Wolski wreszcie zrozumiał, że frakcja EPP-ED (Europejskiej Partii Ludowej/Chadeckiej i Europejskich Demokratów) nie przekaże mu szefostwa Komisji Spraw Zagranicznych z rąk niemieckiego chadeka Elmara Broka. Zastępczo postanowił więc powalczyć o wiceprzewodnictwo wspomnianej grupy EPP-ED oraz wiceprzewodnictwo komisji pracującej nad nową/starą Konstytucją dla Europy. W związku z tym Janusz Lewandowski w drugiej połowie kadencji będzie po staremu kierował Komisją Budżetu.

Najlepszy komentarz do całej sprawy wygłosił zachowujący dystans i do PO, i do PiS, za to doskonale znający tajniki PE jego świeżo upieczony wiceprzewodniczący Marek Siwiec. Europoseł SLD dużo większy pożytek dla Polski widzi w kontynuacji kierowania Komisją Budżetu, albowiem umożliwia to „wpływ na materię”, przewodnictwo Komisji Spraw Zagranicznych byłoby natomiast „zajęciem tronu z mocno związanymi rękami”. Dokładnie takie stanowisko „PB” zajmuje od samego początku owego przesadnie rozdmuchanego konfliktu.

W słownej wojnie koalicji z opozycją wyszło niczym szydło z worka niezrozumienie przez rządzących istoty Parlamentu Europejskiego. Na dodatek PiS ukrywa przed opinią publiczną swoje zmarginalizowanie w Brukseli i Strasburgu, gdzie liczą się tylko ponadnarodowe grupy partyjne, państwa zaś postrzegane są jako… okręgi wyborcze. W 785-osobowym PE rządzą dwie frakcje: mająca 277 europosłów wspomniana już EPP-ED (należy do niej 15 wybrańców z Polski, w tym 14 z PO i 1 z PSL) oraz 217-mandatowa PSE (Grupa Socjalistyczna, obejmująca 9 europosłów SLD i SdPL). Pewne znaczenie ma jeszcze 106-osobowa liberalno-demokratyczna ALDE, do której należy 5 europosłów Partii Demokratycznej. Największy paradoks polega na tym, że silna 20-osobowa (PiS z przystawkami) ekipa koalicji panującej w Sejmie jest w PE planktonem, ponieważ współtworzy słabiutką, ledwie 44-mandatową UEN, czyli Unię na rzecz Europy Narodów.

Generalnym nieszczęściem Polski jest rozrzucenie naszych europosłów po niemal wszystkich grupach PE. Ba, trzech zachowuje status „niezależnych”. Hiszpania ma tyle mandatów ile Polska, czyli 54 — ale po 24 jej deputowanych należy do dwóch frakcji wiodących EPP-ED i PSE, a jedynie 6 trafiło do marginalnych. Dlatego zbiorowej skuteczności posłów obu państw nie ma nawet sensu porównywać. Nasza siła też mogłaby być większa, ponieważ formuła EPP-ED spokojnie pomieściłaby np. PiS, skoro mieści partie tak różne ideowo jak PO i PSL. No tak, ale bycie w jednej grupie wymusiłoby współpracę PiS i PO, a to jest po prostu niewyobrażalne…