Podziemia, które dzielą

  • Aleksander Krawczuk
27-10-2006, 00:00

Jeden z największych placów Europy. Krakowski Rynek bezsprzecznie zalicza się do najpiękniejszych architektonicznie i najbardziej nasyconych pamiątkami historii. A na pewno jest miejscem szczególnym dla każdego Polaka.

Tu złożony został hołd pruski, tu przysięgał Kościuszko, tu witano królów, tędy przechodziły w drodze na Wawel kondukty pogrzebowe Mickiewicza, Słowackiego, Piłsudskiego. 31 października roku l918 tu właśnie dokonała się przy odwachu zmiana warty — austriackiej na polską. Z tą chwilą Kraków stał się pierwszym wyzwolonym po rozbiorach wielkim miastem Polski; wyzwolonym w sposób spokojny i europejski — bez przelania kropli krwi. Krakowski Rynek Główny zatem, od wieków sceneria doniosłych historycznie wydarzeń, uroczystości, manifestacji, zasługuje na wyjątkową troskę i uwagę. I nie jest przesadą twierdzenie, że każda piędź gruntu, kostka bruku, budowla i kamienica są niemymi świadkami historii. Oczywiście zdarza się i tak, że w pewnych miejscach przeszłość — z różnych przyczyn — nieco się ubarwia i twórczo rozbudowuje, w innych zaś wykorzystuje dla aktualnych celów politycznych.

Urodziłem się w tej kamienicy przy Rynku, którą obecnie w całości zajmuje restauracja „Wierzynek”. Tak naprawdę historyczny Wierzynek nazywał się Wirsing... Skoro jednak należymy do wielonarodowej Unii Europejskiej, chyba już można swobodnie mówić o zróżnicowanej etniczności dawnego Krakowa. Wirsing raczej nie zajmował się restauratorstwem, lecz rzeczywiście wydał ucztę dla królów. Na pewno jednak nie w tej kamienicy, która, o ile wiadomo, nigdy do niego nie należała. Restauracja pojawiła się tu dopiero po II wojnie światowej. Choć od dziesiątków lat mieszkam w innej dzielnicy, wciąż darzę owo miejsce szczególnym uczuciem. Obserwowałem więc z zainteresowaniem, jak stopniowo rozrasta się i przejmuje pomieszczenia dwóch sąsiadujących budynków. Tak zrodziła się na naszych oczach legenda; i dobrze — byle pamiętać, że to tylko legenda, nawiązująca pomysłowo do faktu historycznego. Obszerny Rynek ma dość pamiątek wielkiej, rzeczywistej przeszłości, znajdzie się miejsce i dla wszelkich fikcji —sympatycznych, a zarazem dochodowych.

Kiedy byłem dzieckiem, wszystkie piętra od frontu i w oficynie zajmowali lokatorzy; niektóre rodziny mieszkały w owym domu od pokoleń. Dziś kamienice wokół Rynku stały się siedzibami biur, urzędów, różnego rodzaju instytucji komercyjnych. Zrozumiałe. Trudno zresztą prowadzić spokojne życie domowe przy ogromnym placu tak ruchliwym i gwarnym za dnia i w nocy. A jednak szkoda, że już niewiele osób może oświadczyć z pewną dumą: mieszkam pod najbardziej krakowskim adresem, przy samym Rynku Głównym!

Pamiętam też czasy, kiedy tu odbywały się targi. Przyjeżdżały furmanki z wsi podmiejskich (obecnie na ich urodzajnych ziemiach wznoszą się blokowiska). Targi widzieli krakowianie przez siedem wieków — od czasu wytyczenia w tym miejscu placu głównego w latach lokacji miasta. Potem, jeszcze przed II wojną, stopniowo przesuwano je dalej od centrum, na plac Szczepański, później na Kleparz. Szacowne mieszczki sprzed zaledwie trzech pokoleń byłyby zgorszone i zawiedzione — tak daleko iść po zakupy, aż poza Planty! Pamiętam też właściwie nieustanne remonty kamienic, wieży Ratusza, Sukiennic, kościółka św. Wojciecha. A także nawierzchni, od „kocich łebków” poczynając, poprzez duże, gładkie, lecz wciąż pękające płyty, aż po obecny bruk, solidny i równy.

W ciągu stuleci w każdym niemal pokoleniu toczono ostre boje. O przebudowę Sukiennic. O wyburzanie pobliskich „kramów bogatych”. O pomnik Mickiewicza. O Krzysztofory (uratował je przed zburzeniem, życzliwie i natychmiast reagując na prośby prof. Jerzego Mycielskiego, arcyksiążę Ferdynand — ten, który wkrótce potem padł ofiarą zamachu w Sarajewie). O gołębie. O budowę Feniksa.

Obecnie wszakże rozpętała się burza, jakiej w dziejach Krakowa chyba jeszcze nie było. Burza bowiem nie o to, co widzimy, spacerując po Rynku, lecz o to, co pod ziemią, czego żadne oko ludzkie od bardzo dawna nie oglądało. Chodzi o jakieś resztki, fundamenty, zaledwie ślady budowli zniszczonych, nieistniejących co najmniej od półtora wieku i z jeszcze odleglejszych czasów. Co zrobić z tymi mizernymi szczątkami? Zasypać? Udostępnić do zwiedzania? Wykorzystać komercyjnie — jak to się dzieje nawet z częścią bazyliki Mariackiej?

W istocie sprawa nie jest wielkiej wagi, bo owe ułomki — niezbyt wiadomo czego — nigdy nie były i nie staną się przedmiotem podziwu. Nagle jednak urosły do problemu o niezwykłym znaczeniu. A to z tej prostej przyczyny, że można je wykorzystać w walce politycznej. Jakakolwiek decyzja — lub brak decyzji — jest już przedmiotem najcięższych oskarżeń. Zbrodnia archeologiczna! Zaniedbanie obowiązków! Niedopatrzenie! Przekroczenie uprawnień! Narażenie życia osób postronnych! Zawalą się Sukiennice!

Przykre to, bolesne, choć i śmieszne. Można wszakże stwierdzić sentencjonalnie: nie takie rzeczy Rynek Główny oglądał, nie takie przetrwał. Pozostanie w majestatycznym spokoju i w historycznej zadumie, skoro widział już wiele burz — zarówno dziejowych, jak i tylko lokalnych. Poczynając od czasów lokacji sprzed lat 750, kiedy to wytyczono jego granice.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Aleksander Krawczuk

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Nieruchomości / Podziemia, które dzielą