Najpiękniejsze miasto zachodniej Ukrainy zachwyca wielowiekowymi
zabytkami i młodym duchem
O wiele ciekawsze niż wędrówka tylko po śladach polskości jest odkrywanie wielokulturowości Lwowa.
Najpierw korki na grani- cy, potem ukraińskie drogi — często zniszczone i marnej jakości. Tyle że szerokie. Podobno wielkie pasy asfaltu budowano w taki sposób, aby w czasie wojny mogły służyć za lotniska. W końcu dojeżdża się do Lwowa. Cóż, wiele ukraińskich miast wywiera niekorzystne pierwsze wrażenie, a Lwów nie jest wyjątkiem. Jego przedmieścia przypominają gigantyczne gierkowskie blokowisko, ciągnące się kilometrami, z bliźniaczo podobnymi do siebie ulicami i budynkami.
Powoli jednak bloki przechodzą w secesyjne kamienice, a kamienice — w barokowe budowle. I przychodzi zachwyt. Bo jest w tym mieście coś magicznego, niezwykłego. I prężnego — Lwów to także dynamiczny ośrodek kultury z kinami, operą, teatrami, popularnym zespołem Okean Elzy, pieśniarzem Tarasem Czubajem, politechniką i uniwersytetem.
Orły i Sokoły
Zwiedzać Lwów można na wiele sposobów. Pierwszy, ale chyba najbardziej banalny, polega na ruszeniu śladami polskości. A tych jest co niemiara. Największym i najpiękniejszym pozostaje Cmentarz Łyczakowski, jedna z narodowych nekropolii — podobnie jak wileński cmentarz Na Rossie, bezpowrotnie stracona. Są tu groby Marii Konopnickiej, Stefana Banacha, Juliana Ordona (tego od „Reduty Ordona”), ale przede wszystkim dwie kwatery wojskowe — cmentarz Powstańców Styczniowych oraz Cmentarz Obrońców Lwowa. Wybudowano go, by upamiętnić ofiary walk o polskość miasta z lat 1919-20. Zniszczyli go jednak Sowieci. W latach 70. ubiegłego wieku buldożery zrównały nekropolię z ziemią. Żołnierzy, którzy wykonywali te prace, podobno specjalnie pojono wódką.
Po upadku Sojuza i po wielu latach prac i żmudnych negocjacji udało się cmentarz odbudować. Pomagali przy tym Ukraińcy. Miejscowe władze, jakby dla równowagi, postanowiły wybudować tuż obok drugi cmentarz — Sokołów Lwowskich, czyli ofiar walk z lat 1919- -20, ale po drugiej stronie. Była to odpowiedź młodego nacjonalizmu ukraińskiego na stary nacjonalizm polski, ale — jak ktoś zauważył — tę cmentarną rywalizację można zmienić w pozytywny symbol przyjaźni obu krajów. Bo w końcu, po latach, Orły i Sokoły leżą obok siebie — pogodzeni w wieczności.
Miasto religii
Można wędrować po Lwowie tylko po to, by zaspokajać tęsknotę za Kresami i podziwiać przedwojenną historię miasta. O wiele przyjemniej jednak odkrywać również jego wielokulturowość i t radycyjną tolerancję. W mieście wznoszą się trzy katedry, każda innego wyznania — katolicka pod wezwaniem Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny, wybudowana w stylu gotyckim z bogatym, barokowym wnętrzem, Archikatedralna cerkiew Świętego Jura oraz Katedra Ormiańska pod wezwaniem Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny. Najpiękniejsza ze wszystkich. Wciśniętą w zabudowania ulicy Krakiwskiej łatwo ominąć. A byłoby szkoda. Wnętrze jest puste i proste, ale czuje się w nim wschodni mistycyzm. Uczucie duchowego oświecenia jest ulotne, krąży gdzieś na peryferiach ludzkiej percepcji, ale sprawia, że serce zaczyna mocniej bić. Podczas tych religijnych wędrówek nie można też zapomnieć o przepięknej cerkwi Wołoskiej, która była czołowym przykładem manieryzmu na ziemiach Rzeczypospolitej.
Ck monarchii czar
Niezależnie od tego, czy po takiej tułaczce turysta odnalazł Boga, czy nie, warto się udać na posiłek. Lwów przecież słynął z życia knajpiano-towarzyskiego, a nie z tego, że był ośrodkiem pielgrzymkowym. Jeszcze niedawno miasto dotykał ten sam problem, który gnębił Wrocław na początku lat 90. — brak lokali gastronomicznych na poziomie. Na szczęście to się zmieniło.
Na Starym Mieście są i ekskluzywne restauracje, i porządne lokale z daniami w rozsądnych cenach. Problemem może być menu napisane w języku ukraińskim (wyłącznie) oraz brak toalet. A jeśli już są, to zazwyczaj inne niż w Polsce. Nie wszyscy Ukraińcy przekonali się do sedesów. Preferują eleganckie, wykafelkowane, ale jednak dziury w ziemi. Kto pogodzi się z tymi niedogodnościami, może się zanurzyć w świat lwowskich knajp i knajpek.
Warto odwiedzić kawiarnię Pid Synoju Flażkoju na ulicy Ruskiej — przemyślnie ukryty, maleńki lokalik. Żeby się do niego dostać, trzeba przejść przez obskurne, odrapane podwórko, gdzie nad głowami turystów suszy się pranie. Ale warto podjąć ten trud. Kawiarnia istnieje ponoć w tym samym miejscu od XVI wieku. Świetna kawa i niesamowity nastrój starego Lwowa, który podkreślają m.in. ogłoszenia urzędowe z czasów ck monarchii w języku niemieckim i ukraińskim (polskiej wersji brak). Na ciastko, posiłek, kolejną kawę — ale też piwo — najlepiej pójść do restauracji kryjącej się w Kamienicy Królewskiej na rynku — zatrzymywali się w niej królowie Rzeczypospolitej, kiedy odwiedzali Lwów. Restauracja mieści się na dziedzińcu nazywanym małym Wawelem. Nie bez przyczyny. Patrząc tylko na arkady, odnosi się wrażenie, że w jakiś magiczny sposób zostaliśmy przeniesieni do Krakowa.
Semper fidelis
Wiosną i latem warto przysiąść pod wieczór w jednym z ogródków piwnych na rynku i wychylić kufelek Lwowskiego. Miejscowe piwo jest dumą miasta i po prostu nie wypada go nie spróbować. Amatorzy bardziej wykwintnych trunków powinni skorzystać z okazji i uraczyć się lampką lub dwiema trudno dostępnych w Polsce win krymskich. Warto też zauważyć, że na Ukrainie nie ma zakazu spożywania alkoholu w miejscach publicznych. Widok siedzących na murku czy ławeczce ludzi z butelką w dłoni nie jest czymś rzadkim.
Wieczorami często zdarza się, że ktoś wynosi na ulicę magnetofon lub pojawia się na niej grupa grajków. Rozpoczyna się zabawa. Lwowiacy tańczą — lepiej lub gorzej — pod gołym, letnim i przyjaznym niebem. Semper fidelis — zawsze wierny, taka była dewiza miasta. To prawda. Lwów jest zawsze wierny — sobie i magii, która go spowija.
Wojciech Chmielarz
